<?xml version="1.0" encoding="iso-8859-2"?>
<rss version="2.0">
<channel>
<title>Fiolka Mistrza</title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl</link>
<description> Fiolka Mistrza</description>
<language>pl</language>
<docs>http://backend.userland.com/rss</docs>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=14#p14</link>
<guid isPermaLink="false">14@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Witam, chciałbym, żebyście pisali tutaj o błędach jakie znajdziecie w moich pracach, logicznych, stylistycznych, interpunkcyjnych etc.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title>Koniec</title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=13#p13</link>
<guid isPermaLink="false">13@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[To była noc. Gwiazdy lśniły beztrosko na ciemnym, jak otchłań niebie.<br />Wokoło słychać było szum drzew, których muzyka - jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna, rozbudzała zmysły. Wszystko, co znajdowało się w pobliżu, wpadało w trans. To nie był zwyczajny, późny wieczór - dziś zdarzyło się to, z czym te okolice nie miały do czynienia od dawna... Pośród idealnego, niebudzącego zastrzeżeń widoku, pojawiła się pewna rysa, której nie powinno tu być.<br />Pośród wysokich, chwiejących się z każdym podmuchem wiatru, traw, leżał on.<br />Pewien blady człowiek z podciętym gardłem. Kałuża krwi, powstała pod nim wsiąkała pomału w ziemię. Podarte, brudne ubranie, przykleiło się do jego ciała. Kilkadziesiąt centymetrów od niego, można było zauważyć nóż wbity w pień drzewa.<br />Na jego rękach, białych jak u trupa znajdowały się dziesiątki zadrapań i siniaków. W zaciśniętej dłoni trzymał pogniecioną kartkę papieru... Ktoś niestarannie napisał na niej kilka zdań. Po charakterze pisma, można wnioskować, że był zdenerwowany. Lecz to, co tam można było przeczytać, zostanie tajemnicą.<br />Mijały sekundy, minuty, godziny. Na horyzoncie pojawiło się słońce, rzucając nowe światło na całe zdarzenie. Odciski stóp, wszędzie pełno było odcisków stóp, różnej wielkości. Gdyby dokładniej się przyglądnąć, można było ujrzeć wydeptaną dróżkę w obie strony.<br />Czas dłużył się niemiłosiernie. On może jeszcze żyć! Czemu nikt go nie szuka? Czyżby nikt o nim nie pamiętał?<br />Tak! Nadciąga ratunek! W oddali, widać grupę osób z psami, przeczesującymi teren. Tylko... czemu oni jeszcze go nie zauważyli? Dlaczego to dzieje się tak pomału!<br />Wreszcie! Ktoś dostrzegł ciało. Biegną tu! <br />Mężczyzna, który był pierwszy, przyłożył dwa palce do szyi, badając puls, po czym odwrócił się do reszty kiwając głową. Nie żyje.<br />Zaraz, zaraz, jak to nie żyje? O mój Boże! To jestem JA!<br />To ja czekałem przy moim ciele na ratunek. Nie mogłem nic zrobić. Okropne uczucie, chcieć a nie móc... Jako duch na ziemi zostać nie mogę. Nie! To nie może być koniec! Czemu ja znikam! Czemu się rozpływam?! <br />Nagle, uświadomiłem sobie, że to koniec... Koniec tego etapu... Idę dalej, wołają mnie.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title>Gorsze dni</title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=12#p12</link>
<guid isPermaLink="false">12@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Czasem są takie dni, gdy każdy z nas ma wszystkiego dość. Co wtedy zrobić? <br />Jak odreagować? Przecież nie będziemy się ciąć, to nie ma sensu. Ranimy tym nie tylko siebie, ale i owy przedmiot którego używamy...<br />Ha, tu zaczyna się moja krótka, opowieść.<br /><br />Gdy przez moje niezbyt czyste okno, przedostały się pierwsze, jasne promienie słońca, padając wprost na moje zamknięte powieki, doszedłem do wniosku, że najwyższa pora wstawać. Przetarłem oczy, ubrałem kapcie i ruszyłem w kierunku łazienki, by odświeżyć się przed kolejnym, nic nie znaczącym dniem mego życia.<br />W przedpokoju dostrzegłem moją mamę, krzątającą się od samego rana w kuchni. Szykowała nam śniadanie.<br />Właśnie zagwizdał czajnik, więc nie zauważyła mnie, kiedy przechodziłem przez przedpokój.<br />Doszedłem do łazienki, wszedłem do środka. Stanąłem przed lustrem i od niechcenia w nie spojrzałem. Jesteś idealny. Powiedział jakiś głosik w mojej głowie. Może przerwiesz tą monotonię życia codziennego...?<br />Zmrużyłem oczy, zastanawiając się. Czemu by nie?<br />Rzuciłem szczoteczkę, którą trzymałem w ręce i pobiegłem w stronę mojego pokoju.<br />Tam ubrałem się szybko, zgarnąłem kilka złotych, które leżały na moim biurku i wybiegłem przed dom, nie zważając na zdziwioną twarz mojej matki.<br />Ruszyłem prosto przed siebie. <br />Dzień zapowiadał się pięknie. Niebo było błękitno-czyste. Słońce świeciło trochę za mocno, jednak przyjemny lekki wiaterek, muskając twarz niósł ulgę.<br />Szedłem nie oglądając się za siebie. Mijałem ludzi spieszących się do pracy, do szkoły.<br />Gdyby nie głosik w mojej głowie, byłbym właśnie w drodze do tego miejsca, tam gdzie nauczają... <br />Usłyszałem hałas, dobiegający jakby z rynku. Nie zastanawiając się długo skręciłem w tamtym kierunku.<br />Z oddali ujrzałem dużą grupę ludzi, poubieranych elegancko, stojących przed pomnikiem Nieznanego Żołnierza.<br />Że chciało im się tu przychodzić... Pomyślałem, podchodząc do piętrowego budynku i opierając się o jego ścianę. Nagle z głośników porozstawianych w około wydobyła się pieśń, albo raczej hymn Polski.<br />Wszyscy stanęli na baczność, tylko ja jeden, inny niż wszyscy nie reagowałem na to, co się koło mnie dzieje. Pewna starsza pani stojąca obok, spojrzała na mnie krzywo, mówiąc coś o wychowaniu dzisiejszej młodzieży, ja jednak miałem ją w... Nie zwracałem na nią uwagi.<br />Znudziło mi się to patrzenie na ich &quot;wygłupy&quot; wyprostowałem się i ruszyłem dalej przed siebie. Przechodziłem właśnie koło sklepu monopolowego, pomyślałem, że wstąpię.<br />Trzy minuty później wyszedłem, trzymając w ręku półlitrową butelkę Pepsi.<br />Ha, zimne picie, to to czego teraz potrzebuję!<br />Dostrzegłem ławkę po drugiej stronie ulicy. Podbiegłem do niej, siadając szybko.<br />Ludzie przechodzili koło mnie. Nikt nawet na mnie nie spojrzał, nikt się nie zainteresował.<br />Dla obcych mnie tu nie było. Równie dobrze to miejsce mogłoby byś puste. <br />Oparłem się wygodnie, wyciągnąłem nogi przed siebie i zacząłem się przyglądać, śpieszącym się ludziom. Ich twarze nie przedstawiały niczego. Po chwili doszedłem do wniosku, że czasem warto zrobić sobie taką przerwę. Wystarczy jeden dzień wolności, a potem znów chce się żyć! Każdy ma takie prawo i nikt nie powinien mieć o to pretensji. Zastanowiłem się chwilę, dokąd teraz pójść. Po namyśle zdecydowałem odwiedzić liceum. <br />Gdy znajdowałem się w pobliżu kafejki internetowej, zza rogu wyszły dwie, nawet ładne dziewczyny. Przyśpieszyłem kroku, chcąc je dogonić. Zerknąłem w międzyczasie na swoje buty, sprawdzając czy są wystarczająco czyste. Kiedy znów znów spojrzałem na wprost, ich już nie było. Zniknęły?<br />Nie możliwe, nie zdążyłyby tak szybko odejść. Przywidzenie? Chyba...<br />Trudno... Nie ma co robić, wracam. <br />Odwróciłem się na pięcie i wtedy usłyszałem krzyk, po drugiej stronie ulicy, na starszą kobietę napadło dwóch chłopaków, mieli może czternaście lat. Jako, że byłem od nich trochę większy ruszyłem, w ich kierunku spinając mięśnie.<br />Znajdowałem się już około siedmiu metrów od miejsca napaści, kiedy mnie zauważyli.<br />Starsza pani leżała na ziemi cała w kurzu, a oni już wyprostowani, wyglądali jakby i mnie chcieli zaatakować.<br />Staliśmy chwilę w milczeniu, po czym oni jednocześnie skoczyli w moim kierunku, chcąc mnie powalić na plecy. Niestety w tym momencie szczęście sprzyjało mi, jeden z napastników zahaczył o leżącą staruszkę i upadł na ziemię (prawdopodobnie połamał sobie rękę), drugi widząc to najwidoczniej zrezygnował, bo uciekł nie oglądając się za siebie.<br />Pomogłem kobiecie wstać i mając już dość wrażeń na jeden dzień, powróciłem dumny z siebie do domu. Nie rozbierając się, rzuciłem się na łóżko i zasnąłem, mimo że było dopiero południe.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=11#p11</link>
<guid isPermaLink="false">11@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Morthis wzdrygnął się, z zaskoczenia hełm wyśliznął mu się z rąk, padając cicho na ziemię.<br />-Kobieta? - zapytał nie wierząc własnym oczom. - Co ona tu robi?! - Zwrócił się do wojowników stojących koło niego. Nikt jednak nie miał odwagi, by cokolwiek odpowiedzieć.<br />-Ahh! To może ty mi wytłumaczysz, co tutaj robisz?! - spojrzał na nią wzrokiem rozjuszonego, dzikiego zwierza.<br />- Pewnie, tylko nie... nie w ich obecności. - Odpowiedziała słodkim głosem.<br />-Co?! Ahh, tak. Wy tam, wszyssscy, tak ty też! - wskazał na niskiego, ale szerokiego w barkach mężczyznę stojącego nie daleko. - Idźcie ssstąd, no dalej wynoście się! Wynocha! Przy okazji weźcie to ciało i zakopcie! - Rzuciła Dusza, odprowadzając ich wzrokiem.<br />Następnie zwróciła swój wzrok ponownie na zwyciężczyni, przyglądając się jej bacznie.<br />- Co mi masz do powiedzenia...?<br />- Jestem Nika - rzuciła pewna siebie kobieta, wyciągając ku niemu rękę.<br />- Co?! Jak śmiesz...! <br />- O co chodzi? Staram się być miła i uprzejma...<br />Morthis zerknął z ukosa na jej dłoń, zastanawiając się chwilę. <br />- Nikt nie nawet nie marzył o dotknięciu mnie, każdy omija mnie z daleka, jednak ty... <br />- Nika Ewath - Przerwała.<br />-... Niko Ewath jesteś albo bardzo odważna, albo bardzo głupia... - Dokończył z naciskiem.<br />Kobieta zerknęła na niego z ukosa, marszcząc brwi.<br />- Nie jestem głupia... - Mruknęła, wciąż trzymając wyciągniętą dłoń.<br />Dusza nie mogąc dłużej udawać braku zainteresowania, uścisnęła jej rękę<br />W tej chwili Nika poczuła ostry, przeszywający ból. Wzdrygnęła się, próbując wyrwać z uścisku. <br />- Przestań! - Krzyknęła.<br />- To boli, wiem. - Rzekł bezdusznym głosem Morthis, patrząc się jej prosto w oczy.<br />- Ale... Sssama tego chciałaś, czyż nie?<br />- Taak, ale przestaaaań! Wrzasnęła kobieta, padając na kolana.<br />- Dobrze, ale na przyszłość pamiętaj, nie ufaj nie znanemu! - Zasyczał, gwałtownym ruchem zrywając łączącą ich więź. - Gdy się już otrząśniesz, masz się zjawić w moim namiocie. Będę cię oczekiwał. - Dodał, odwrócił się i odszedł, nie zwracając uwagi na leżącą na ziemi kobietę, przyglądającej się swojej poparzonej dłoni.<br />Kiedy już zniknął w oddali, zza najbliższego drzewa wyłonił się niski mężczyzna o pulchnej twarzy, oraz długich włosach.<br />Niepewnym krokiem ruszył w stronę Niki.<br />- Witaj, byłem świadkiem całego zdarzenia... Pomóc ci? - Zapytał, klękając przed nią. Nie doczekał się jednak odpowiedzi.<br />- Łee...- Mruknął, chwytając ją za rękę. - On... On jest potworem, jak mógł ci coś takiego zrobić! - Zawołał głosem pełnym złości. - Chodź, trzeba to opatrzyć. <br />Kobieta jednak nie reagowała na jego słowa. Zdawała się być zdezorientowana.<br />- Nie możesz tu tak zostać. - Stwierdził nieznajomy, łapiąc się za głowę.<br />- Musisz zdjąć zbroję, bo w niej trudno będzie ci się poruszać w tym stanie. - Niestety znów mówił jak do ściany. <br />- Mam nadzieję, że mi wybaczysz... Sam to zrobię.<br />Parę chwil później, uwolnił leżącą kobietę, od ciężkiej zbroi, chwycił ją w pół i przerzucił sobie przez bark.<br />Nie ruszył jednak w stronę obozu, w którym ktoś mógłby jej udzielić pomocy, wręcz przeciwnie, począł się oddalać w przeciwnym kierunku.<br />Nie całą godzinę później, zjawili się przed malutkim, idealnie zamaskowanym domkiem. Z oddali ciężko byłoby go odróżnić od reszty otoczenia, nawet najlepsi wzrokowcy - elfy, miałyby z tym spore problemy.<br />Mężczyzna pchnął drzwi, które zaskrzypiały leniwie. U progu dobiegł ich zapach suszonych owoców i warzyw. Hałasy które dochodziły z wnętrza, świadczyły o czyjejś obecności. <br />- Ruff to ty? Czemu wróciłeś tak szybko? <br />- Delito, zaraz ci wszystko opowiem, ale chodź i mi pomóż.<br />- Co się stało? - Zapytała kobieta, wyłaniając się zza ściany. Była niska i gruba. Resztki włosów, które jeszcze miała, splotła w kok, dzięki czemu, na pierwszy rzut oka wyglądała jak Muropa*. W ręku trzymała talerz, który wycierała niezbyt czystą ścierką, brudząc go jeszcze bardziej.<br />Ubrana była w poplamiony, podarty fartuch. Kiedy zauważyła swego męża z nieprzytomną, prawie nagą kobietą, zamarła.<br />- Nie patrz się tak na mnie, pomóż mi się nią zająć! Przygotuj łóżko, trzeba ją gdzieś położyć!<br />Gospodyni bez sprzeciwu i zbędnych pytań, ruszyła zrobić to, co nakazał jej mąż. On sam mimo zmęczenia, zarzucił sobie Nikę na plecy i zaniósł ją do pokoju, w którym czekało już przygotowane miejsce do spania.<br />Delikatnie położył kobietę na w miarę czystej pościeli. Chwycił krzesło stojące niedaleko i usiadł na nim.&nbsp; Po chwili zjawiła się Delita, ze szklanką herbaty o dziwnym zarówno zapachu jak i smaku.<br />- Sprawdź czy ma gorączkę - Powiedziała głosem zatroskanej matki.<br />Ten po dotknięciu jej czoła, aż się skrzywił.<br />- Nigdy nie widziałem, by ktoś był tak rozpalony.<br />- Tak myślałam, ty idź rozpal w kominku, ja się nią zajmę...<br /><br />***<br /><br />Minął dzień. Gorączka utrzymywała się nadal, lecz nie była już taka silna, jak na samym początku. Nika oprzytomniała i nawet zjadła troszkę obiadu, jaki przygotowała jej gospodyni. Nikt nie dręczył jej żadnymi zbędnymi pytaniami, nie wiedząc jak może zareagować. Także przez następne kilka dni, dziewczyna dochodziła do siebie. Mężczyzna o imieniu Ruff nie był jednak zbyt cierpliwym człowiekiem, w przeszłości mieszkał w mieście Talastad, gdzie był znanym zielarzem, jednak tamtejszy nieprzerwany hałas, oraz wścibscy sąsiedzi, zmusili go do wyprowadzki w dużo bardziej spokojne i odosobnione miejsce. On jednak nie był z tego powodu zły, wręcz przeciwnie, cieszył się. Opuszczając Sancardo kierował się przed siebie, szukając miejsca, w którym mógłby bez przeszkód uprawiać swój ogród, oraz eksperymentować w celu stworzenia jakiegoś nie wynalezionego, acz bardzo przydatnego jeszcze leku. Znudziły go bowiem odwiedziny miejskich strażników, nasłanych przez sąsiadów uskarżających się na &quot;nocne wybuchy&quot;&nbsp; Wybór padł na to miejsce. Była to idealna lokalizacja, więc tutaj postanowił się wybudować. Znajdowała się na wysokim pagórku, dookoła roztaczały same łąki, gdzieniegdzie tylko rosło parę drzew.<br />Widok ten był przyjemny i relaksujący dla oczu. Pierwszego dnia postawił prowizoryczny szałas, byleby tylko nie spać pod gołym niebem, a że trwało lato, noce nie były zimne, nie potrzebował niczego więcej. Z czasem jednak, rozpoczął budowę prawdziwego domu. Pomagało mu jego dwóch przyjaciół, którzy nie robili tego dla pieniędzy, lecz z czystej przyjaźni. Pracowali dzień za dniem. Po niespełna miesiącu, przy sprzyjającej pogodzie ukończyli swoje dzieło. Ich własnymi rękoma zbudowali nieduży, lecz solidnie wyglądający domek, w którym spokojnie mogła zamieszkać nieduża rodzina. Mijały miesiące, Ruff już o własnych siłach wybudował sobie małą stajenkę, dla swojego konia, którym przynajmniej raz na tydzień jeździł do miasta po żywność. Tam podczas zakupów poznał Delitę, zaprzyjaźnili się. Okazało się, że oboje są samotni, po pewnym czasie uczucie przerodziło się w miłość, więc pobrali się. Od tamtego czasu mieszkają razem, jego żona zainteresowała się również hodowlą rzadkich roślin. Toteż wpadli na pomysł, by otworzyć wspólnie sklep, w którym mogliby sprzedawać napoje lecznicze, różne maści, lub po prostu przyprawy kuchenne.<br />Pomysł ten jednak się nie przyjął, ponieważ mało ludziom chciało się jechać taki kawał drogi, by kupić parę rzeczy, z których większość mogli zdobyć na miejscu.<br />Delicie przyszła na szczęście równie dobra myśl, sprzedawali swoje wyroby w Sancardo tamtejszym zielarzom, robiąc na tym nie najgorszy interes.<br />- Ruff, Ruff! - Coś szarpnęło go za ramie, przerywając nasuwające się wciąż wspomnienia - Przysnęło ci się.<br />- Tak, wybacz, już nie jestem taki młody jak dawniej.<br />- Nie narzekaj, nie jest tak źle - Stwierdziła Delita z uśmiechem na twarzy. Mężczyzna spróbował odwzajemnić uśmiech, ale słabo mu wyszło.<br />- Zastanowiłeś się już co z nią zrobimy? Nie możemy jej tak dłużej trzymać, nic o niej nie wiedząc. - Oboje zerknęli na zamknięte drzwi do pokoju, w którym jeszcze spała Nika. Ruff chcąc opóźnić swoją odpowiedź, nad którą rozmyślał wiele nocy, podniósł kubek do ust i upił łyk letniej herbaty.<br />- No więc, masz racje, że nie możemy nic tak o niej nie wiedzieć, dziś pójdziemy razem - Ostatnie słowo wyraźnie zaakcentował. - i z nią porozmawiamy, dopytamy się wszystkiego. Spytamy o jej plany i czy ma zamiar u nas zostać, czy grzecznie podziękuje i odejdzie...<br />- Ty wiesz... Ja tak bardzo chciałabym mieć ...<br />- Tak wiem, i obiecuje ci, że jeszcze będziesz ją mieć - przerwał jej w połowie zdania.<br />Nastała cisza, której nikt nie przerywał, Delita posprzątała ze stołu, pozmywała naczynia i zabrała się do szycia kolejnego swetra, Ruff zaś chwycił za haczki i wyszedł do ogrodu.<br />Leniwie minęło południe. Odgłosy dochodzące z zamkniętego pokoju świadczyły, że Nika dopiero wstała.<br />Gospodyni podeszła do okna, wyglądając przez nie i sprawdzając czym zajęty jest jej mąż. W tym momencie zaskrzypiały drzwi i pojawiła się w progu zaspana dziewczyna, której oczy się jeszcze kleiły i włosy były w &quot;lekkim&quot; nieładzie.<br />- Dzień dooobry - Przywitała się ziewając<br />- Witaj, jak sie spało? Już szykuje ci śniadanie, poczekaj chwilkę...<br />- Dziękuję, było nadzwyczaj smaczne - Stwierdziła po skończonym posiłku - teraz chciałabym wam coś powiedzieć, mogłaby pani zawołać męża?<br />- Dobrze się składa, bo my również chcieliśmy z tobą porozmawiać moje drogie dziecko, poczekaj chwilkę, pójdę po mego starego. - Rzekła żartobliwym tonem.<br />Nika skrzywiła się, słysząc, że jest &quot;drogim dzieckiem&quot;. Usłyszała wołanie gospodyni i po chwili wszyscy razem siedzieli już przy kuchennym stole.<br />- No to tak... - dziewczyna przerwała ciszę - chciałam wam powiedzieć, że... dziękuję wam za gościnę, lecz na mnie już czas, mam misję do wykonania.<br />- Misję? Jaką? Dokąd się teraz udajesz? <br />- Wybaczcie, ale zachowam dla siebie informacje, o tym co zamierzam zrobić.<br />Nie musicie się o mnie martwić, ale wiedzcie, że jestem wam stokroć wdzięczna za wyciągniętą do mnie pomocną dłoń, niech bogowie mają was w swojej opiece.<br />- Ale jak to tak? Zostań z nami jeszcze trochę...<br />- Bardzo bym chciała, lecz naprawdę śpieszno mi trochę, jeśli chcę ich dogonić...- Przerwała, gryząc się w język. Właśnie wyjawiła część swoich zamiarów.<br />- Dogonić? Kogo? Niko, ty jesteś jeszcze młoda, całe życie przed tobą, nie pakuj się w żadne kłopoty! - Poprosiła załamującym się głosem Delita.<br />- Proszę wybaczyć, ale wiem co robić, i jak postępować w moim własnym życiu. Także pozwolicie... - Dziewczyna wstała, kłaniając się lekko - pójdę się spakować.<br />- Ruff zrób coś! Co tak stoisz!<br />- Co ja mogę na to poradzić? - Spytał gospodarz, rozkładając ręce. Jego żona popatrzyła nań wymownie, jednak nie dała za wygraną.<br />- Dziecko, nie wygłupiaj się, zostań jeszcze z nami, może wspólnie coś poradzimy!<br />- Proszę wybaczyć, już postanowiłam, a raz wypowiedzianego zdania nie zmieniam...<br />- To przynajmniej przyjmij coś ode mnie. - Dodała przyciszonym głosem<br />- Co takiego? - Zapytała zaciekawiona Nika.<br />- Chodź za mną. - Poleciła gospodyni. Zostawiając Ruffa, który wrócił bez słowa do swojej pracy, weszły do małego pomieszczenia, przypominającego bardziej schowek na miotły. Delita otworzyła starą drewnianą szafkę, następnie zaglądnęła do środka, najwyraźniej upewniając się, czy to &quot;coś&quot; czego szukała nadal tam było. <br />Szybkim ruchem chwyciła mały skórzany worek. Rozwiązała supeł i wyciągnęła z niego amulet w kształcie łzy, tylko kilka razy większy. Zrobiony był z...<br />- Tak, to kryształ górski - oznajmiła gospodyni - tu na nim - wskazała niepotrzebnie palcem, bo trudno byłoby nie zauważyć - znajduje się wyrysowany smok, elfia robota. - Odgarnęła włosy Niki do tyłu i zawiesiła na jej chudej szyi, ów naszyjnik.<br />- Niech ci przyniesie szczęście, tak jak i mi przyniósł.<br />- Ja... Nie wiem co powiedzieć... Dziękuje pani!<br />- Podziękujesz kiedy indziej, chodź trzeba ci zapakować na podróż trochę żywności.<br />Dzień mijał powoli, słońce leniwie przemieszczało się po nieboskłonie, uparcie nie chcąc zajść za horyzont. Kiedy już to zrobiło, na złość wszystkiemu, ni stąd ni zowąd, na niebie pojawiły się chmury zwiastujące nadchodzący deszcz.<br />- W małym domku paliły się świeczki, płomień skakał wesoło, świecąc, zdawałoby się, mocniej niż kiedykolwiek.<br />Po wielu prośbach, Nika została jeszcze na jedną noc, z zamiarem wyruszenia wraz ze wschodem słońca.<br />Wszyscy troje zdecydowali, że Ruff także wstanie rano i odwiezie dziewczynę do miasta, by stamtąd mogła spokojnie wyruszyć w dalszą drogę.<br />Nastał poranek, Delita jeszcze spała, gdy pan domu osiodłał konia i zawołał Nikę, oświadczając jej, że są gotowi do drogi. Ruszyli delektując się każdym ciepłym podmuchem wiatru. Chmury, zniknęły tak szybko jak sie pojawiły, pozostawiając miejsce słońcu, które było teraz &quot;panem nieba&quot;.<br />Po dotarciu do Sancardo, Ruff wcisnął dziewczynie woreczek z pieniędzmi.<br />- Może to nie jest dużo, ale zawsze coś, mamy nadzieje, że nas kiedyś odwiedzisz. Oby jak najszybciej, twoja zbroja będzie na ciebie czekać.<br />- Dziękuję jeszcze raz za opiekę i za wszystko, gdy będę w okolicy od razu zajadę do was.<br />- Będzie nam miło znów cię gościć, powodzenia.<br />- Przyda się. - Stwierdziła Nika, podskoczyła na palcach i ucałowała Ruffa w policzek. - Za waszą dobroć. - Powiedziała i ruszyła w stronę centrum miasta, znikając gospodarzowi z oczu.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=10#p10</link>
<guid isPermaLink="false">10@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Jadąc przed siebie nawet się nie spostrzegli, że na horyzoncie pojawiło się już słońce. Jego ciepłe, jasne promienie padały na ich twarze, uświadamiając ich, że nastał już nowy dzień.<br />Na niebie nie było ani jednej chmurki, sklepienie przykuwało uwagę swoim błękitem, przypominającym spokojne morze.<br />Rosa na trawie iskrzyła się tysiącami barw. Powietrze było rześkie i chłodne, idealne do jazdy konnej.<br />W około latały kolorowe motyle, nadając światu barw.<br />Pakuzo oplótł rękoma szyję swojego wierzchowca i zasnął.<br />Po jego lewej stronie jechał He`zac, który rozglądał się dookoła siebie, podziwiając widoki. Z drugiej strony na swoim czarnym wierzchowcu jechała Uera, mimo zamkniętych powiek nie spała.<br />Żwirowa dróżka, którą podążali, znikała czasami, by potem pojawić się znowu. <br />Jedyną rzeczą, która nie pasowała do reszty, były tysiące śladów stóp, kierujących się również w kierunku zachodnim. <br />Godzinę później wszyscy troje zatrzymali się pod samotnym drzewem, znajdującym się przy drodze. Przywiązali do niego konie, po czym rodzeństwo usiadło koło siebie opierając się o gruby, omszony pień, He`zac zaś grzebał w bagarzach, szukając czegoś do jedzenia. W końcu wyciągnął bochenek chleba i parę suszonych owoców i rozdał każdemu równą część. Sam chwycił jeszcze za bukłak z wodą i spoczął koło nich.<br />Jedli, patrząc na zalane słońcem rozległe tereny.<br />- Idę spać, obudźcie mnie za jakąś godzinę, może dwie, wtedy ruszymy dalej... - rzekł sennym głosem He`zac<br />- Ja również idę spać... - stwierdziła Uera spoglądając z ukosa na swego brata, który zajęty był motylem, znajdującym się w jego ręce. <br />Wpatrywała się tak w niego jeszcze chwilę, po czym zamknęła oczy i zasnęła.<br />Pakuzo wypuścił owada na wolność. Spoglądnął na śpiących, uśmiechając się.<br />- Śmiesznie wyglądają - zachichotał.<br />Podszedł do swojego konia, sięgając po mapę, znajdującą się w przywiązanym do siodła worku.<br />Wyciągnął ją, następnie wrócił na miejsce. Rozwinął mapę i położył się na brzuchu. Odszukał miejsce gdzie mniej więcej teraz się znajdują, zerknął również na najbliższe miasto Sancardo, znajdujące się nie dalej niż dziesięć kilometrów od nich.&nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp;<br />- Pewnie teraz te potwory zamierzają zaatakować to miasto... - Mruknął do siebie. - Oo tu jest jakaś wielka góra, około piętnaście kilometrów stąd... Ciekawe... Co tu pisze...? - Pakuzo zmrużył oczy starając się przeczytać małe, koślawe literki, układające się w dwa wyrazy.<br />- Cora Rotlenow? Nie, nie, nie... Pierwszy wyraz to &quot;góra&quot;, a drugi?<br />Prodemów? Niee, taaaak! Góra Problemów! Ha, rozszyfrowałem! - Zawołał dumny z siebie chłopak.<br />- Ciszej... - Syknął He`zac przez sen.<br />- Ajajaj... Czemu nazwali ją Górą Problemów? Dobra, nie ważne, pożyjemy, zobaczymy. Z drugiej strony , jak ta Dusza chce przeprawić swoją kilkutysięczną armię na drugą stronę...<br />Ciekawe ile na naszym kontynencie jest miast... Jeden, dwa, trzy, cztery... - Pakuzo zaczął liczyć wszystkie, znajdujące się na mapie miejscowości. <br />- ... Dwadzieścia, dwadzieścia jeden. Mało. - dodał zawiedzonym głosem - Myślałem, że jest przynajmniej dwa razy więcej. Dobra... idę rozprostować kości. Jeśli znów będziemy jechać kilka godzin, bez postoju to trzeba się do tego przygotować.<br />Wstał, odłożył mapę na swoje miejsce, czyli do worka, wyciągając przy tym soczyste, lekko obite jabłko.<br />- Chyba nie będą źli... Głodny jestem - mruknął beztrosko.<br />Odgryzł kawałek.<br />- Jakie słodkie i soczyste... Wyśmienite! Dobra, idę się przejść.<br />Podrzucił jabłko i ruszył przed siebie. Krążył w okolicy. <br />Słońce za ten czas zawędrowało wysoko na nieboskłonie. Pojawiło się także kilka obłoków, snujących się leniwie. <br />Po niespełna dwóch godzinach wrócił do swoich towarzyszy, budząc ich wołaniem, że czas minął i pora ruszać dalej. Chwilę później byli już w dalszej drodze.<br /><br />***<br /><br />- Trhasie, podejdź tu. - Rozkazała Dusza<br />- Jestem panie, w jakim celu mnie wzywasz? - Zapytał z szacunkiem, potężnie zbudowany troll.<br />- Muszę się ciebie coś poradzić.<br />- Tak? - Zapytał lekko zdziwniony, niedawno mianowany, generał.<br />- Obliczyłem, że atakowanie pojedyńczo wszyssstkich miassst zajmie nam sssporo czasssu. Co sssądzisz o pomyśle rozdzielenia się na kilka mniejszych, lecz na tyle dużych, oddziałów, które mogłyby obalić sssamodzielnie pojedyńcze miasssta? Zaoszczędzilibyśmy wtedy wiele, jakże cennego czasssu?<br />- Sądzę panie, że to dobra myśl, jednak dopiero, gdy nasza armia przynajmniej się podwoi , ponieważ na razie mamy około dwóch tysięcy wojowników.<br />- Rozumiem... Jeszcze jedno. Znasz może jakiś szlak prowadzący przez Górę Problemów? Tak, żeby przejść przez nią bez... problemów? - Zapytała drwiąco Dusza.<br />- Chodzi panu, nią? - Wskazał grubym, pomarszczonym palcem, na potężne pasmo górskie, ciągnące się od strony północnej do południowej.<br />- Tak.<br />- Niestety nie znam. Wiem jednak, że niedługo dotrzemy do miasta Sancardo. <br />- Tak, tak wiem... Będziemy musieli przez nie przejść, ha! Innej drogi nie ma. Położone jest ono przecież nad rzeką, a wątpię, by wszyssscy tutaj umieli... pływać - dodał z wyraźną kpiną. - To wszyssstko możesz odejść.<br />- Tak jest! <br />- Aa, i zbieraj ludzi, zaraz idziemy dalej!- krzyknął za trollem, widząc, że ten podnosi rękę w geście zrozumienia odwrócił się i podążył w stronę granatowego, błyszczącego się namiotu, wykonanego z aksamitu. <br />Przed wejściem stało dwóch ludzi, uzbrojonych w długie ostre dzidy.<br />Na jego widok skłonili się, i odsunęli kotarę, wpuszczając Duszę do środka. Panowała tu ciemność, na drewnianym stoliku, nad różnymi zwojami papieru i rozłożoną mapą, paliła się jedna świeca, rzucając nikłe światło na wszystko dookoła.<br />Na półkach porozstawianych po kątach znajdowały rożne księgi, oprawione w skórę, czasem w inny materiał.<br />Przy bocznej ścianie namiotu stały dwa, drewniane kufry zamknięte na stalową kłódkę, która to o dziwo nie posiadała wejścia na kluczyk.<br /> Dusza&nbsp; rozglądnęła się dookoła, po czym ruszyła w kierunku stolika. Po drodze podniosła krzesło leżące na ziemi, najprawdopodobniej przewrócone przez nią samą, w geście bezsilnej złości.<br />Jednak co mogło wytrącić ją z równowagi?<br />Usiadła, otwierając księgę w miejscu, gdzie ostatnio skończyła czytać.<br />W jej oczach odbijały się czarne litery, układające się w wyrazy. <br />Co chwile słychać było szelest obracanych kartek.<br />Nikt nie odważył się jej przerwać, bo mogłoby to oznaczać dla tego kogoś, szybką śmierć.<br />- Nie ma, czemu nigdzie tego nie ma!- Ryknęła, zamykając szybkim ruchem ostatnią stronę.<br />-Przecież ktoś musi o tym wiedzieć! Gdzieś to musi być napisane! - Położyła rękę na okładce. Coś zaczęło syczeć. Spod bladej dłoni zaczął wydobywać się obłok siwego dymu o zapachu spalenizny. Po chwili kiedy już ją zdjęła, w miejscu gdzie owa dłoń się znajdowała pozostał nadpalony, wklęsły na centymetr ślad. Morthis wstał, z wściekłości krew się w nim gotowała. Szukał już wszędzie, jednak nie znalazł nawet najmniejszej wzmianki o interesującej go informacji.<br />- Ussspokój się! - syknął sam do siebie.<br />-Teraz musisz przemyśleć, jak szybko przejść przez tą górę, tracąc przy tym minimalną ilość wojssska...<br />Gdybym wybrał szlak kupców...- Wyciągnął mapę na wierzch.-<br />Wtedy musielibyśmy iść prawie gęsiego, co za bardzo ssspowolniłoby marsz... Można też przejść podziemiami... Nie, to za bardzo ryzykowne, gdybyśmy natrafili na tych grubych karłów, nie znoszących światła sssłonecznego, pewnie przeprawa zajęłaby około dwóch miesięcy, nie wspomnę o ogromnych ssstratach w armii. Chociaż... Gdyby sssprzyjało nam szczęście?<br />Nie, nie, nie, wybij sssobie to z głowy! -Dusza nie wiedziała co ma począć. Przyglądała się mapie jak zahipnotyzowana, tak, jakby ta miała krzyknąć &quot;Idź tędy, to najlepsza droga!&quot;. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Jednak po pewnym czasie, jej oczy ujrzały krótki, i mniej więcej dwa razy szerszy od kupieckiego, szlak, którego to wcześniej tu nie było?<br />- Jak to możliwe? - szepnął zaskoczony Morthis. Sięgnął pod stolik po drugą mapę, chcąc porównać, czy na niej również znajduje się owe przejście.<br />Rozwinął rulonik, oparł się rękami na brzegach, uniemożliwiając ponowne się jego zwinięcie.<br />Odszukał interesujące go miejsce i ku jego zaskoczeniu, na jego własnych oczach, jakaś niewidzialna ręka narysowała czerwonym atramentem, identyczną linie prowadzącą na drugą stronę Góry Problemów.<br />-Ciekawe...- Mruknął do siebie. Chwycił za mapę, zwijając ją i wkładając sobie za pas. <br />Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia. Gdy znalazł się na zewnątrz, rozglądnął się dookoła siebie.<br />W zasięgu wzroku widział setki prymitywnie zbudowanych namiotów, w których odpoczywali ludzie.<br />Reszta ras, nie była tak wybredna i nie potrzebowała tak zwanego &quot;dachu nad głową&quot;.<br />Dusza ruszyła przed siebie, idąc wydeptaną trawą. Minęła właśnie ognisko, nad którym niektórzy podgrzewali sobie jedzenie, kiedy podbiegł do niej niski człowiek, w skórzanej półzbroi. <br />- Panie - zaczął - wczoraj kazałeś mi, poinformować cię, kiedy będzie odbywać się następny trening.<br />- Tak Ryrytasie, pamiętam.<br />- Więc, zacznie się on za niespełna dziesięć minut.<br />- Nie sssądzisz, że trochę późno mi o tym mówisz? - Zapytał Morthis z ironią.<br />- Prz... prze... przepra...szam...&nbsp; Byłem zajęty, zapomniałem... - Wydukał mężczyzna.<br />- Dobrze, znaj moją dobroć, możesz odejść - Rzekła Dusza.<br />- Dziękuję! - Człowiek ukłonił się i ruszył w stronę z której nadbiegł z wyraźnym uczuciem ulgi na twarzy.<br />- Jak to miło, gdy wszyssscy czują do ciebie taki szacunek...- Morthis mruknął do siebie. Udając się w kierunku polany, na której miały odbyć się ćwiczenia.<br />Choć raz zamierzał obejrzeć na własne oczy, poczynania swoich wojowników, a nie tylko słyszeć od innych, że spisują się bardzo dobrze.<br />Z oddali słyszał już dźwięk uderzającej o siebie stali oraz krzyki, mające na celu przestraszenie przeciwnika.<br />Kiedy w końcu znalazł się na miejscu, usiadł w pierwszym rzędzie, na jednym z krzeseł, przyniesionych specjalnie na potrzeby widzów.<br />Zwrócił uwagę na część osób rozgrzewających się jeszcze na uboczu, biegając w tą i z powrotem, lub machając rękoma, tworząc tradycyjne &quot;młynki&quot;.<br />Grupka ta z każdą chwilą malała, zasilając zespół już przygotowanych do treningu ludzi.<br />Inne rasy nie mogły trenować z rozkazu Morthisa, który twierdził, że zbyt trudno byłoby je wyszkolić na profesjonalistów. W jego opinii, tylko ludzie byli zdolni do szybkiego zmieniania się, pod względem fizycznym jak i psychicznym. <br />Według niego, można ich kształtować tak prosto, jak łatwo lepi się z gliny naczynia.<br />Minutę później wszyscy stanęli w szeregu, potwierdzając swoją obecność, podniesieniem ręki, kiedy zostało wyczytane ich nazwisko. Wysoki mężczyzna, odznaczył na liście, po czym cofnął się do tyłu, odsłaniając leżące w trawie maczugi, miecze i topory oraz tarcze.<br />Wojownicy podchodzili po kolei biorąc to, w czym się specjalizowali.<br />Następnie podzielili się na dwie grupy, po piętnaście osób i ustawili naprzeciwko siebie.<br />Ćwiczenia które właśnie się odbywały, przypominały pewnego rodzaju turniej.<br />Para walczących wychodziła na środek wyznaczonego im miejsca i rozpoczynała pokaz swoich umiejętności.<br />Po zakończeniu walki, przegrany odchodził ze spuszczoną głowa, zaś zwycięzca otrzymywał prawo do dalszego udziału w widowisku.<br />Po pewnym czasie, w walce o pierwsze miejsce, pozostało tylko dwóch uczestników.<br />Każdy z nich pragnął pokazać Morthisowi, że to on jest tym najlepszym. Zapowiadał się zacięty pojedynek. Wtedy Dusza powstała.<br />- Sssłuchajcie, mnie uważnie! Gratuluje wam, dotarcia aż tak daleko, wyeliminowaliście wszyssstkich. Na tym placu boju pozossstaliście tylko wy! Więc, dla podniesienia efektywności, ta walka będzie odbywać się na śmierć i życie, czy wam się to podoba czy nie. - przerwał, by podnieść napięcie i wydał komendę:<br />-Zaczynajcie!<br />Wojownicy spojrzeli na siebie. Nie dali jednak po sobie poznać, że ogarnął ich strach.<br />Dziś ktoś straci najcenniejszy skarb, jaki każdy z nas może dostać - życie. <br />Nie zastanawiając się długo, wyższy człowiek w pełnej, gładkiej zbroi ruszył do ataku unosząc wysoko dwuręczny miecz. Jego przeciwnik w ostatnim momencie odskoczył na bok. Wyprostował się odwracając i... znów popisał się swoim refleksem unikając, być może, śmiercionośnego ciosu. Następny atak został sparowany tarczą. Na pierwszy rzut oka, niższy wojownik nie miał szans na wygranie pojedynku, z potężnie zbudowanym, silnym napastnikiem. Jednak to były tylko pozory.<br />Kiedy nieprzyjaciel przygotowywał się do następnego ataku, ten wyczekiwał odpowiedniej chwili.<br />Przeciwnik zaczął biec, w stronę spokojnie stojącego, niepozornego rywala. Ten stał. Gdy jednak znalazł się na tyle blisko, podniósł swoją tarczę, parując cios, po czym wzniósł niewielki miecz w górę i pchnął prosto w szparę pomiędzy zbroją, a hełmem. Trysnęła krew. Wojownik osunął się na kolana. Poruszył delikatnie wargami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Upadł.<br />Ktoś zaklaskał, w ślad za nim poszli inni.<br />Morthis ponownie wstał, uśmiechając się szeroko.<br />- Gratulacje, zwyciężyłeś, zdejmij ssswój hełm, chcę zobaczyć twoją twarz.<br />Zwycięzca jednak tego nie uczynił.<br />- Zdejmij go!- widząc jednak, że jego słowa nie przynoszą efektu, Dusza podeszła do wojownika. <br />Wyciągnęła obie dłonie, i chwyciła za hełm ściągając go.<br />Jej oczy ujrzały wtedy twarz, inną niż wszystkie wkoło. To była twarz kobiety.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=9#p9</link>
<guid isPermaLink="false">9@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Okazało się, że dotarliby tam w dziesięć minut, ale biegiem. Niestety byli lekko zmęczeni. Tak więc, po niespełna pół godzinie spokojnego marszu, zjawili się przed niskim domkiem.<br />- To tutaj. - Oznajmił Pakuzo, uderzając kołatką trzy razy w jasne, okute żelazem drzwi. - Gość nazywa się Trykan, jest stary i dość głuchy...<br />Drzwi się otworzyły. stanął w nich mały zgarbiony staruszek. Był prawie łysy. Podpierał się drewnianą laską, w kształcie węża.<br />-Hę? - Zdziwił się, widząc na schodach, przed jego domem, dwoje młodych ludzi.<br />-Przyszliśmy porozmawiać! - Zrobił krótką pauzę - Ten oto, młodzieniec! - Wskazał na He`zaca. - Ma do ciebie dziadku sprawę!<br />- Jaką sprawę?<br />- No więc...<br />- Słyszałem, że pan znał maga Arkanosa - przerwał towarzyszowi.<br />Trykan spojrzał na nich, mrużąc oczy, po czym machnął ręką, zapraszając ich do środka.<br />- Siadajcie. - Wskazał na dwa krzesła, jedno zwykłe, drugie bujane.<br />- Ja! Ja na bujanym, zgoda? - Zapytał Pakuzo.<br />- Dobra, siadaj.<br />- Czego się napijecie? - Zawołał starzec, z prymitywnej kuchni.<br />- Ja dziękuję, ale nie mam ochoty. - Odparł He`zac<br />- Ja za to chętnie! Herbatę jeśli można!<br />Chwilę później, Trykan stukając swą laską o drewnianą podłogę, przyniósł gorący kubek, i postawił go na stoliku przed nimi tak gwałtownie, że połowa jego zawartości wylała się na blat. Stróżki herbaty dopłynęły do krawędzi stołu i zaczęły powoli kapać w dół, tworząc małą kałużę.<br />- Pożałowałeś mi... - Mruknął do He`zaca, który tylko się uśmiechnął i spoglądnął w stronę starca. Gdy ten usiadł, zapytał:<br />- Przyszedłem tutaj, ponieważ chciałbym się dowiedzieć, gdzie przebywa, bądź przebywał Arkanos. Gdzie mogę go teraz znaleźć?<br />- W jakim celu szukasz jednego z najpotężniejszych magów na świecie?<br />- To moja sprawa. - Odparł chłodno He`zac.<br />- A więc nie mogę ci pomóc.<br />- Starcze, zrozum! Musze wiedzieć gdzie on teraz jest!<br />- Nie powiem.<br />- Proszę...<br />- Przychodzisz tutaj, chcąc&nbsp; wyciągnąć ode mnie pewne informację i jeszcze mnie obrażasz?! W moim własnym domu! Wynoś się!<br />- Co ja takiego powiedziałem?<br />- Obraziłeś mnie, mówiąc do mnie prosię!&nbsp; - Pakuzo, który akurat pił spokojnie herbatę, zakrztusił się.<br />Jego twarz zrobiła się fioletowa, a w oczach stanęły mu łzy.<br />He`zac widząc to, uderzył go kilka razy po plecach. Po chwili opanowali sytuację. <br />- Powiedziałem &quot;proszę&quot;!<br />- No, tak, tak - Rzekł Trykan z kpiną w głosie.<br />- Przysięgam!<br />- No wiem, wierzę ci.<br />- W takim razie, powiesz mi gdzie jest Arkanos?<br />- Nie, dopóki nie zdradzisz mi, do jakich celów potrzebna jest ci ta wiedza.<br />He`zac na granicy wytrzymałości wymamrotał pod nosem kilka słów. Następnie podniósł głowę, patrząc wprost, w jego oczy.<br />- Dobrze, więc... Chcę wiedzieć gdzie on się znajduję, po to by... <br />- Czuje, że coś kręcisz - Przerwał mu staruszek.<br />- Nie kręcę! - warknął, po czym kontynuował :<br />- ...by, pobierać u niego nauki... - Skłamał<br />- Nauki? On nie szkoli uczniów...<br />- Tak, wiem, ale dla mnie zrobi wyjątek...<br />Trykan, z poważną miną przyglądnął się chłopcu. Nastała chwila ciszy. Słychać było ich rytmiczne oddechy.<br />- Dla CIEBIE zrobi wyjątek? - przerwał Trykan, z głosem pełnym rozbawienia. - Tak, dla mnie - Odparł sucho He`zac<br />- Niby z jakiej racji, ty masz być wyjątkowy?<br />- Wybacz starcze, tak mówi&nbsp; przepowiednia... Myślałem, że każdy kto zna Arkanosa, wie równiej o niej...<br />- Aaa, to teraz sobie przypominam... No tak, coś takiego było... Mogłeś, mówić od razu... - Szczerze mówiąc, gospodarz domu, w którym aktualnie się znajdowali, nie miał pojęcia, o jaką przepowiednię chodzi, ponieważ, cała ta historia została zmyślona na poczekaniu. Jednak nie chcąc wypaść na głupca, udał, że wie o co chodzi.<br />Pakuzo otworzył szeroko oczy i spojrzał na swojego towarzysza, mając nadzieję, że ten wytłumaczy mu wszystko. Jednak dostrzegł tylko, ruchy wargi, układające się w słowo &quot;później&quot;. Zrozumiał wtedy, że to jest kłamstwo. Zaczął się mocniej bujać, na swoim krześle, wyłapując każde słowo jakie padło z ich ust.<br />- Więc? - zapytał He`zac po chwili milczenia.<br />- Co? Ach, tak. Znajdziecie go w zamku, znajdującym się na Smoczej Górze...<br />BUUM!<br />- Co to było? Zapytał lekko przerażony chłopak, zwracając się w stronę Pakuzo. Ten jednak zniknął.<br />- Pomóż mi wstać... - Usłyszał czyjś głos, dobiegający jakby z podłogi.<br />Spojrzał w dół i zobaczył, gramolącego się tam towarzysza. Chwycił go za rękę, stawiając na nogi.<br />- Za mocno się bujnąłem... - Oświadczył, rumieniąc się ze wstydu.<br />- Jest oddalony o jakieś sześćdziesiąt kilometrów na zachód. -Dodał starzec, nie zwracając uwagi na to, co przed chwilą się stało.<br />- Super, w takim razie, dziękujemy!<br />-Pozdrówcie go ode mnie i przypomnijcie o moim istnieniu. Od dawna nie dał żadnego znaku życia.<br />- Zgoda, przekażemy mu twe słowa.<br />Wrócili do domu szczęśliwi. <br />Uera wypytała ich o każdy szczegół. <br />Po opowiedzeniu jej wszystkiego, zapytała:<br />- Jak myślicie, co się znajduje na<br />tej... Smoczej Górze? Smoki?<br />- Nieee, na pewno nie... Przecież one już dawno wyginęły... Może kiedyś to była ich siedziba, ale teraz...<br />- Smoki istnieją! - przerwał mu ostro Pakuzo.<br />-Tak? A na jakiej podstawie tak sądzisz?<br />- Istnieją i już!<br />- Spokojnie... Zgadzam się z tobą... - Nachylił się ku, dziewczynie mówiąc szeptem :<br />- ... W wielu sprawach, ale nie w tej.<br />Uera zachichotała. <br />Czas płynął nieubłaganie szybko.<br />Nim się spostrzegli, zaczęło się ściemniać. <br />- Zaraz ruszamy... - Oznajmił He`zac, wyglądając przed okno. <br />Nagle, przypomniał sobie o pewnym problemie, czym oni ruszą w podróż. Mając jednego konia, daleko nie zajadą. Właśnie... <br />- Mój koń! - Zawołał, rzucając się w stronę drzwi. Całkowicie o nim zapomniał.<br />Biegł roztrącając ludzi. Nie zwracał uwagi na ich krzyki. W końcu znalazł się przed zachodnią bramą. Zwierz leżał spokojnie pod drzewem, do którego był przywiązany.<br />He`zac ukląkł przy nim. Wyciągnął rękę i podrapał go za uszami.<br />Rad z tego, że koń jest cały, odwiązał lejce i ruszyli z powrotem.<br />- Uero, czy o tej porze, istnieje możliwość kupienia tutaj konia? - Zapytał, kiedy już wrócił - <br />No bo wiesz... Na jednym daleko nie zajedziemy.<br />- Pewnie... Tylko jest mały problem...<br />- Jaki?<br />- A no taki, że prawie każdy, w tym mieście posiada własnego wierzchowca - Odparła z lekką nutą rozbawienia w głosie.<br />- A to dobrze, nawet bardzo. To, chyba ruszamy? Spakowałaś wszystko, co ci będzie niezbędne?<br />Uera rozglądnęła się w około, sprawdzając, czy ma potrzebne jej rzeczy.<br />- Tak. Pakuzo podejdź tu - zawołała do brata, który nie sprzeciwiając się, stanął przed nią. He`zac widząc, że chcą porozmawiać na osobności, wyszedł przed budynek i usiadł na schodach.<br />- Masz uważać na siebie. Rozumiesz? Jak wrócę, wszystko ma tu być w takim stanie, w jakim to teraz widzę.<br />Gdyby coś się działo, idź do naszej babci... Zrozumiałeś? - Jedna samotna łza spłynęła jej po policzku.<br />- Nie chcę cię zostawiać... <br />- Ja także... Ale to sprawa najwyższej wagi... Nie wiem czemu to robię... Czemu idę z prawie nie znanym mi człowiekiem... Może to szaleństwo, ale ufam mu. Wierzę, że mówi prawdę... To co usłyszałam w Sali Przeznaczenia... Kiedyś zrozumiesz... A to... - wyciągnęła z kieszeni zwitek papieru - ...przekaż Araduerowi. Wyjaśniam w nim, dlaczego opuszczam was w tych ciężkich chwilach... - Odwróciła się na pięcie, przetarła oczy rękawem i wyszła, zostawiając brata samego.<br />- Chodź, wyjdziemy przez północną bramę - rzekła, cicho zamykając za sobą drzwi. <br />- Ale, Smocza Góra znajduje się na zachód. <br />- Wiem, ale chyba nie będę tam iść pieszo, nie? <br />Chłopak nic nie odpowiedział. Po pewnym czasie wyszli z miasta i ruszyli prosto przed siebie, kierując się w stronę lasu. Widoczność była bardzo słaba. Jedynym źródłem światła, były dwa księżyce, lśniące blado nad horyzontem. Kiedy stanęli na skraju, mrocznego, nieprzeniknionego lasu, dziewczyna odwróciła się mówiąc:<br />- Ty tu zaczekasz. - Widząc oburzenie na twarzy towarzysza, dodała pewnym głosem :<br />- Znam te tereny dużo lepiej od ciebie, nie martw się nic mi się nie stanie. W tych ciemnościach moglibyśmy się pogubić...<br />Po prostu zaczekaj tu na mnie, dobrze? - He`zac wyglądał, jakby się przez chwilę po czym, po czym kiwnął głową. Uera, tylko na to czekała. Skoczyła w las, znikając pośród drzew.<br /><br />&nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; ***<br /><br />Tymczasem Pakuzo, szukał argumentów, czy dobrze postąpił, pozwalając siostrze pójść w świat.<br />- A jeśli jej się coś stanie? Jeśli już więcej jej nie zobaczę? Nie wybaczyłbym sobie tego... Chociaż... jest już dorosła, sama może decydować o tym, co jest dla niej dobre, a co nie... - Walczył z napływającymi myślami. Cisza panująca w tym pomieszczeniu była nie do wytrzymania. Samotność... Tak... Od czasu, kiedy stracił rodziców, pozostała mu tylko ona... To z nią mógł porozmawiać, a gdy był przygnębiony, dodawała mu otuchy. Zawsze znajdował w niej oparcie. Teraz, choć myślał, że da radę, zrozumiał, że ona jest jedyną, bliską mu osobą i bez niej trudno mu będzie mu żyć i normalnie funkcjonować. Widział tylko jedno dobre rozwiązanie. <br />- Jadę z nimi! - postanowił<br />Spostrzegł leżący w kącie worek. Chwycił go w rękę, po czym zaczął chodzić po całym domu, szukając niezbędnych mu rzeczy.<br />KIlkanaście minut później, już spakowany, wyszedł na zewnątrz, zamykając drzwi na klucz. Szedł słabo oświetloną uliczką, gdy nagle przypomniał sobie o karteczce z wyjaśnieniami.<br />Ruszył w stronę domu Araduera. Gdy znalazł się przed nim, podszedł do drzwi i wsunął papier przez szparę do środka.<br />- To chyba wszystko... - Mruknął do siebie. Zarzuciwszy torbę na przez ramię&nbsp; puścił się biegiem. <br /><br />&nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; ***<br />&nbsp; &nbsp; Minęło pół godziny, a Uera jeszcze nie wróciła.<br />Lekko zaniepokojony He`zac krążył w kółko.<br />- Heeeej!<br />Usłyszał czyjś głos z oddali, rozglądnął się dookoła, lecz nikogo nie ujrzał.<br />Po chwili znów ktoś zawołał i w ciemości pojawił się słabo widoczny zarys czyjejś sylwetki. <br />Postać ta, szybko biegła w kierunku w którym stał.<br />W tym samym momencie, za jego plecami usłyszał trzaski i szamotanie się wśród zarośli.<br />Z mroku wyłoniła się Uera, trzymając w jednej ręce lejce swojego czarnego konia, drugą zaś torowała sobie przejście. Na widok zbliżającego się w ich stronę Pakuzo, wydała zduszony okrzyk. Jej brat, który właśnie do nich dobiegł, lekko zdziwiony wyglądem swojej siostry, zagwizdał cicho.<br />- Co ty tu robisz? - Zapytała, wyciągając gałązki, które wplątały się jej we włosy.<br />- To samo co i wy. Postanowiłem iść z wami, nie przepuszczę takiej okazji. <br />- Ale... ale... <br />- Nie narzekaj i tak tam nie wrócę, albo idę z wami, albo... idę z wami! Wybieraj! Ha, ha! - przerwał jej brat.<br />- Eee...<br />- Weźmy go, w troje będzie raźniej. - wtrącił He`zac.<br />- No... Jeśli się zgadzasz... Dobrze bracie, idziesz z nami, a teraz biegnij po swego konia, my tu na ciebie poczekamy. - Zawołała dziewczyna jeszcze lekko osłupiała.<br />Po chwili Pakuzo wskoczył w ciemny las znikając w nim.<br />He`zac i Uera usiedli na wyschniętej trawie.<br />- No i poszedł - rzucił chłopak, nie wiedząc co może w takiej sytuacji powiedzieć.<br />- Racja...<br />Nastała chwila ciszy, przerywana tylko dziwnymi odgłosami dochodzącymi z puszczy,<br />- Pewnie przyszedł, by mnie pilnować... - Mruknęła Uera, bardziej do siebie niż do towarzysza.<br />- Eee? Co?<br />- Nie, nic tak sobie myślę tylko rozmyślam...<br />- Aha. - odpowiedział - Wiesz... Ta wyprawa, może się źle zakończyć... Nie wiem co się stanie... Możemy nawet zginąć... Także, jeśli chcecie możecie jeszcze zrezygnować, bo...<br />- Nie, podjęłam już decyzje, wygląda na to, że mój brat również. Ta misja... ona jest najważniejsza... <br />- Rozumiem... Bądźmy jednak dobrej myśli. Wszystko się uda! - Zawołał He`zac weselszym tonem. <br />Dziewczyna wstała, sięgając po swoje rzeczy. Podniosła je i podeszła do konia, starając się je przywiązać.<br />Chłopak widząc jak się trudzi, również wstał, podchodząc do niej.<br />- Może pomóc?<br />- Niee, poradzę sobie - odparła.<br />Jednak po pewnym czasie widząc, że nie da sobie rady poprosiła o pomoc.<br />Czas mijał.<br />Nagle usłyszeli krzyk.<br />- Co to było?! - zawołali równocześnie.<br />- AAAAAAAAAuuuuuuu!!! - Ktoś krzyknął. Po głosie rozpoznali Pakuzo.<br />- Musimy mu pomóc! Pewnie stało mu się coś złego!<br />Tym razem usłyszeli wrzask, lecz jakby bliżej.<br />- AAAaaa! To boli! Kłuje! Ałł!!<br />- Eee? To co robimy? - Zapytał zaniepokojony He`zac.<br />- Czekamy, on albo oni, idą w naszą stronę...<br />Chwilę później z krzaków wygramolił się Pakuzo.<br />Miał mnóstwo zadrapań i drobnych ran na rękach i nogach.<br />- Coś tam robił? - Zapytała ostrym tonem jego siostra, kiedy już znalazła się koło niego.<br />- Ja? <br />- No, a widzisz tu kogoś innego?!<br />- Jego - wskazał palcem na He`zaca<br />- A czy on był w puszczy i darł się w niebo głosy?!<br />- Noo... Nie?<br />- Pewnie, że nie! Co to jest? Co żeś tam robił?! - Wskazała na jego ręce.<br />- Aa o to ci chodzi - Odparł głosem małego dziecka, przyznającego się do błędu. - Więc...<br />Tak było pełno takich krzaków z kolcami, ja nie zauważyłem i wpadłem w nie...&nbsp; Potem jak chciałem wyjść potknąłem się i wleciałem w jakieś inne kolczaste bóg wie co! - Wyrecytował na jednym wydechu. Widząc jednak świdrujące spojrzenie swojej starszej siostry, dodał cichym głosem.<br />- To boli...<br />- Dobrze ci tak, mogłeś uważać...<br />- Ciemno było...!<br />- Emmm... - Odchrząknął He`zac chcąc przerwać rodzinną sprzeczkę. Niestety nikt nie zwracał na niego uwagi.<br />- Trudno, było ciemno, to dlaczego ja tam nie wpadłam, mimo że jest ciemno?!<br />- Jesteś starsza!<br />- A ty jesteś...<br />- Idziemy...? - Zapytał szesnastolatek głośniej niż zwykle.<br />- A... - Uera spojrzała w jego stronę rumieniąc się lekko, jednak nikt tego nie dostrzegł.<br />- Tak, wybacz. - Bąknęła - Chodź - Warknęła do Pakuzo.<br />- Idę, nie?<br />- Oddalmy się trochę od tego lasu... Przeraża mnie trochę. - Przyznał He`zac.<br />Przeszli kilkadziesiąt metrów, po czym zatrzymali się.<br />- Przywiąż swoje rzeczy, jak już to zrobisz, mów. Wtedy ruszymy.<br />Pięć minut później wszyscy troje dosiedli swoje konie, i pogalopowali na zachód, w stronę zamku Arkanosa, znajdującego się na Smoczej Górze.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=8#p8</link>
<guid isPermaLink="false">8@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Ogień syczał, dławił się, pod ciężkimi kroplami deszczu.<br />Kłęby dymu stawały się coraz mniejsze i rzadsze. Ze starych, olbrzymich drzew pozostały, tylko opalone konary, żarzące się czerwienią. Krzaków, traw, oraz innych roślin już nie było. Setki zwierząt leżały spalone wśród popiołów.<br />&nbsp; &nbsp; He`zac westchnął. Zrobił co mógł. Stał jeszcze chwilę ,opierając się o swego konia, myśląc i wpatrując się w zniszczone miasteczko leżące w dolinie. Wiedział, że jego torba podróżna świeci pustkami. Wiedział, że musi znaleźć cokolwiek, czym się choć trochę naje. Skręcało go od środka z głodu, był słaby. <br />Jedynym wyjściem jakie mu przychodziło do głowy to, pojechać i zakupić prowiant. Ze stanu zamyślenia, wyrwał go czyjś cichy, chropowaty głos.<br />- P-p-pomóż - błagał<br />He`zac odwrócił się, z początku nikogo nie dostrzegł.<br />- T-t-tutaj... - Wymamrotał.<br />Wtedy zauważył starca, leżącego pod jego nogami. Był prawie cały poparzony, ubranie w dużej części było nadpalone. Jego siwa, brudna broda także. W oczy rzucała się, jego łysa głowa, oraz odstające uszy.<br />- Czego ode mnie chcesz, starcze? - Zapytał, kucając przed nim.<br />- Le... ka... rza...- wydukał starszy człowiek. <br />- Nie mam jak ci pomóc, na miasto najechało wojsko, pokonując je... Mogą nas tam zabić.<br />- P-p-pro... Proszę! - W jego głosie słychać było desperację.<br />- No... Dobrze, postaram się, zresztą nie mam innego wyboru... Musimy jakoś, zajechać od tyłu. Myślę, że tak najbezpieczniej się tam dostaniemy.<br />Chłopak, wciągnął rannego na konia i ruszył brzegiem lasu. Jechał wolno, w cieniu drzew. Miał nadzieję, że nikt do tej pory ich nie zauważył. Po kilkudziesięciu minutach, zatrzymał się przed zachodnią bramą. Zeskoczył z wierzchowca, chwytając swój miecz. Podszedł do starca.<br />- Jesteśmy u bramy, nikogo nie widać. Pomogę ci zejść.<br /> Wziął go pod pachy i ciągnął za sobą w głąb miasta.<br />-Dobrze staruszku, może teraz mi powiesz, gdzie tu jest jakiś lekarz?<br />- C-centrum<br />- Ale... - zawahał się - Dobrze - dodał głosem człowieka, któremu już na niczym nie zależy.<br />Mijali dom po domu, (co trzeci dom był doszczętnie zniszczony) na swej drodze napotykali coraz więcej przestraszonych ludzi. Większość patrzyła na nich nie przychylnym wzrokiem. <br />&nbsp; &nbsp; W końcu ktoś krzyknął :<br />- Podpalacz!<br />Zaraz potem, wszyscy już wykrzykiwali oskarżenia przeciwko nim. He`zac był coraz bardziej zmęczony. Nie zwracał uwagi na rozwścieczony tłum.<br />W oddali zobaczył dużą grupę ludzi, wszyscy naraz odwrócili się w ich stronę. Naprzeciw wyszła kobieta o rudych włosach. Cmoknęła.<br />-No, no, no, kogo my tu mamy.<br />Podeszła do przybyszy. Obeszła ich dwukrotnie, po czym stanęła przed nimi.<br />-Dziękuję ci za to, że odnalazłeś podpalacza. Zostaniesz za to nagrodzony.<br />Zza jej pleców wyłoniła się Dusza. <br />-Oo widzę, że już moi tropiciele nie będą ci potrzebni.<br />- Zgadza się, mamy już winowajce. Brać go! - rozkazała trzem muskularnym mężczyzną. He`zac cofnął się o dwa kroki. Miał zamiar uciec, lecz oglądnął się w około i stwierdził, że jest w potrzasku, był z każdej strony otoczony.<br />- Niee... - Zaczął, ale widząc, że mieszkańcom chodziło o starca, umilkł. Uśmiechnął się w duchu. Pojmany, próbował coś krzyczeć, szarpał się. Niestety, nikt nie zwracał na niego&nbsp; większej uwagi. Wszystkie oczy były utkwione teraz w chłopcu.<br />-Noo, tak to ja go znalazłem - przyznał się beztroskim głosem.<br />- Zdążyliśmy zauważyć - wtrąciła szorstko Dusza - Skąd pochodzisz? I co robisz w tych rejonach?<br />- Eee... - Chłopak postanowił wymyślać na poczekaniu jakąś historię. - Więc, pochodzę z Ywath... jestem poszukiwaczem przygód. - Dokończył po chwili zastanowienia.<br />-Rozumiem. Uero, mam nadzieję, że zajmiesz się waszym bohaterem. Na mnie już czas, żegnaj. - Skłoniwszy lekko głową, wymaszerował przed siebie. Za nim ruszyło blisko tysiąc potworów, oraz kilkuset mężczyzn. Słychać było płacz kobiet, których opuszczali ich mężowie, ojcowie, bracia.<br />Większość dzieci jeszcze nie wiedziała co się dzieje, także nie reagowała.<br />- Czemu oni odchodzą? - Zapytał zdziwiony He`zac<br />- Taki warunek musieliśmy spełnić, po przegranej...- Odpowiedziała smętnie kobieta.- Mam jednak nadzieję, że ten drań dotrzyma słowa i oni wrócą. Nie martw się tym, to nie twój problem. -dodała widząc jego zatroskane spojrzenie. - Chodź za mną, mamy do parę rzeczy do omówienia. Proszę, wejdź, porozmawiamy w świątyni. Tutaj nikt nie powinien nam przeszkadzać.<br />&nbsp; &nbsp; Gdy He`zac wkroczył do środka, musiał chwilę odczekać, by jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, jaka panowała wewnątrz budowli. Wielkie, metalowe żyrandole, zwisające z sufitu, dawały mało światła. <br />-Tędy - Kobieta wskazała rękom, na przejście pomiędzy prostymi, drewnianymi ławami. Tupot ich kroków, odbijał się głuchym echem. Na ścianach, w pięknych, lecz starych ramach, wisiały portrety duchownych. Na specjalnych, szklanych podestach znajdowały się rzeźby Bogów.<br />Filary podtrzymujące budowlę, były na tyle duże, że ktoś wykuł w każdym z nich dziurę, w której stały, pachnące kwiaty.<br />Po minucie zatrzymali się przed kamiennymi, zwężającymi się wraz z każdym stopniem schodami. U ich szczytu, można było zobaczyć, drewniane, stare drzwi.<br />- Zachowuj się teraz szczególnie cicho, bowiem, za tymi drzwiami, znajduję się tak zwana, Sala Przeznaczenia. Jak głosi legenda, to tutaj, jeszcze przed powstaniem pierwszych ludzi, miało miejsce, zebranie bogów, którzy naradzali się nad istotą człowieka, jaki ma być, jak ma wyglądać... Niektórzy sądzą nawet, że zapisane są tu nasze losy. Chociaż, szczerze mówiąc, ja w to nie wierzę. W tym miejscu, również bogowie przemawiają do wybrańców.<br />-Istnieje na to jakiś dowód?<br />-Zobaczysz, albo inaczej... Poczujesz to w środku. Wiec także, że wstęp tu mają nieliczni. To, że teraz przyprowadziłam cię tu, oznacza, że mam do ciebie szacunek, za to co zrobiłeś... <br />Chłopak poczuł lekkie wyrzuty sumienia, na myśl o niewinnym starcze. Jednak, nie dał po sobie tego poznać. <br />- Niech to będzie dla ciebie zaszczyt - dodała kobieta, zapraszając go gestem do środka.<br />Wszedł, słysząc za sobą zamykanie drzwi. Ujrzał pustą salę. <br />-Czemu tu nic nie ma? - Zapytał cicho.<br />-Jak to nie ma, tu jest wszystko - oznajmiła radosnym głosem. <br />-Dwa fotele- powiedziała, klaskając w dłonie. <br />Nagle przed ich oczami, pojawiły się dwa wygodne fotele, obite niedźwiedzią skórą.<br />-Widzisz, to nie jest zwykły pokój. - Uśmiechnęła się - Jesteś głodny?&nbsp; A może, chce ci się pić?<br />He`zac przypomniał sobie teraz, jak naprawdę jest głodny. Od prawie dwóch dni, nic nie jadł i i nie pił. <br />-Tak, z chęcią bym coś zjadł...<br />- Pomyśl o jakiejś potrawie, następnie wymów jej nazwę i klaśnij w dłonie.<br />- Pieczony kurczak, nadziewany jabłkami, wino agrestowe! - klasnął, jedzenie i wielka kropla wina pojawiła się, wisząc chwilę w powietrzu, po czym wszystko upadło na kamienną posadzkę.<br />-Co to ma znaczyć?! - Prawie krzyknął<br />- Nie mówiłeś, że chcesz jakąś tacę i kielich - oznajmiła, rozbawiona kobieta<br />-Przecież to oczywiste...<br />- Nie tutaj.<br />Po kilku minutach, udało im się opanować całą sytuację.<br />Następnie He`zac opowiedział Uerze swoją historię, zmieniając ją tak, by ta się niczego nie domyśliła.<br />- Kiedy wyjechałem z gór, zobaczyłem tego człowieka, podpalającego las. Chciałem go powstrzymać, ale nie zdążyłem... Pomyślałem więc, że wy będziecie wiedzieć co z nim począć i tak zjawiłem się tutaj. - zakończył swą opowieść, czekając na pytania.<br />-A więc, dlatego podążasz za Duszą...<br />-Tak, właśnie dlatego, chciałbym cię prosić, o żywność i wodę. Mogę się spodziewać, że ją od was otrzymam?<br />-Pewnie, co to za pytanie. Kiedy masz zamiar ruszyć w dalszą drogę?<br />-Jak najprędzej, choćby dziś.<br />- Nie, widać, że jesteś bardzo zmęczony. Musisz się przespać. Chodź do mojego domu, o ile jeszcze takowy istnieję. - Kobieta wstała, zachęcając do tego również chłopaka. Wyszła z pomieszczenia. Chłopak poszedł w jej ślady.<br />Wyszli cicho ze świątyni pozostawiając uchylone wrota, by ktoś, kto chciałby wejść do środka nie musiał się męczyć przy ich otwieraniu.<br />-Och... - Mruknęła, pięć minut później, gdy znaleźli się przed obskurnie wyglądającą chatą. <br />He`zac domyślił się, że to jej dom.<br />-Więc, mieszkasz tutaj?<br />- Tak - przytaknęła <br />- Sama?<br />- Nie, z bratem. Jest mniej więcej w twoim wieku. Ma piętnaście lat.<br />- Ha, ja mam szesnaście - Uśmiechnął się, szczerząc zęby. - A ty ile masz? <br />Uera popatrzyła na niego z ukosa, groźnie marszcząc brwi.<br />-No wiesz...<br />-Wybacz, zapomniałem się. Nie powinienem...<br />- Dobrze, nic nie szkodzi. Mam za sobą osiemnaście lat. Wchodź, na co czekasz.<br />-Aaaaa, tak. - Podróżnik znalazł się w małej, drewnianej chacie, mieszczącej dwie izby. <br />-Siadaj - kobieta wskazała na nie posłane łóżko. - Wybacz, ale mamy lekki bałagan.<br />- Ktoś przyszedł? - Krzyknął czyiś głos, zza zamkniętych drzwi.<br />- Chodź i sam zobacz! - spojrzała na swojego gościa. - Właśnie słyszałeś mego brata, Pakuzo... Jest dość leniwy - dodała z przekąsem.<br />He`zac miał już coś odpowiedzieć, kiedy drzwi pokoju otworzyły się na oścież i stanął w nich, krótko obszczyżony, rudy chłopak. Był wysoki, ale zarazem bardzo chudy.<br />-Witaj...- zaczął przybysz, wstając i wyciągając rękę. Jednak brat Uery tylko spojrzał na niego podejrzliwym wzrokiem. Podszedł do szafki, wyciągnął z niej jakiś słoik i usiadł naprzeciw He`zaca.<br />-Cześć - zawołał, podając mu dłoń - może ciasteczko? Sam piekłem, musisz spróbować!<br />-Eee...<br />-Nie wybrzydzaj, łap. <br />-Dzięki. - bąknął chłopak, odgryzając kawałek kruchego ciastka. Smakowało, jak suchy chleb z cukrem.<br />-I jak smaczne? Może jeszcze jedno? - Zapytał Pakuzo podtykając mu pod nos następne.<br />- Nie, dziękuje. Jedno mi w zupełności wystarczy...<br />- Bracie, to mój gość...<br />- Wiem przecież. Chciałem go tylko poczęstować moim własnoręcznym wypiekiem...<br />-Już jadł w sali przeznaczenia.<br />Rudzielec wydał z siebie długie &quot;Uuuuuuuuuuu&quot; po czym wstał i odłożył ciastka na miejsce.<br />Rozmawiali przez następne kilka godzin. Zapadł późny wieczór. Pakuzo poszedł spać, a jego siostra krzątała się po mieszkaniu szukając kocy, a następnie układając je jeden na drugim. <br />-Tu będziesz spał. Wybacz, nie mamy trzeciego łóżka...<br />- Spokojnie, na pewno się wyśpię. Dziękuję za fatygę. Dobranoc.<br />-Śpij dobrze - mruknęła kobieta, gasząc świece.<br /><br />&nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; ***<br /><br />Następnego&nbsp; dnia, He`zac obudził się późnym popołudniem. Od razu pierwszą rzeczą jaką zobaczył, było śniadanie, leżące na drewnianej tacy obok jego poduszki.<br />Przez pewien czas, tylko wpatrywał się w nie pożerając je wzrokiem. Następnie wyprostował się i przeciągnął.<br />Słońce świeciło wprost na niego, rażąc go w oczy, pomimo tego, że okiennice były zasłonięte.<br />Wstał, chwytając tacę i kładąc ją na stole. <br />-Jaki piękny dzień, aż żal wyjeżdżać... - mruknął do siebie. <br />Usiadł i zjadł śniadanie. W domu najwyraźniej nikogo nie było, a on nie chciał odchodzić bez pożegnania. <br />Drzwi się otworzyły. Lekki wietrzyk wdarł się do środka, przynosząc ukojenie w ten letni dzień.<br />- Dzień dobry, widzę, że już wstałeś. - Zawołała Uera, wchodząc do środka z koszem pełnym żywności.<br />Za nią kroczył Pakuzo.<br />- Aaa witajcie, tak, bardzo dobrze mi się spało... Bardzo! - Podkreślił.<br />- To są dary od tutejszej ludności. - Powiedziała kobieta, wręczając mu kosz z jedzeniem. <br />-Na... Naprawdę, nie wiem co powiedzieć... Dziękuję... - Rzekł lekko zaczerwieniony He`zac. - Żal mi będzie was zostawiać...<br />-Wcale nie musisz! - zawołał uradowany Pakuzo, lecz widząc groźne spojrzenie swojej siostry natychmiast umilkł. <br />- Muszę... Uero, wiesz dlaczego...<br />-Tak, wiem, lecz podczas porannych zakupów... Pomyślałam sobie, że...<br />No, że może bym tak... Oczywiście jeśli się zgodzisz...<br />Chłopcu zaświtała w głowie pewna myśl.<br />- Chcesz ruszyć ze mną w dalszą drogę, tak?<br />Przytaknęła, Kiwając głową tak mocno, że jej jasno rude włosy, opadły na twarz zasłaniając ją. Czekała na odpowiedź.<br />-No więc... Muszę cię zmartwić...<br />- Nie, znaczy to była tylko taka propozycja...<br />-Muszę cię zmartwić - Powtórzył He`zac, z bardzo poważną miną. - Jedziemy dziś wieczorem.<br />Dopiero po chwili, do Uery dotarł sens tych słów.<br />-Taak? To znaczy, że no Pakuzo, pomóż mi się spakować! - Pobiegła do swego malutkiego pokoiku. <br />Chłopak spojrzał na Pakuzo.<br />-A co będzie z tobą?<br />- Chłoooopie, odkąd nie ma rodziców, potrafię sam o siebie zadbać. <br />-PAKUZO!!!<br />-Wybacz, muszę pomóc siostrze. - Dodał, wzruszając ramionami.<br />-Ja zaraz wrócę, idę się przejść - zawołał, kiedy został sam.<br />Nie czekając na odpowiedź, wyszedł na zalaną słońcem ulicę. Ruch był straszny. Co chwilę przejeżdżały wozy zaprzężone w konie. Ludzie chodzili w tą i z powrotem. Od czasu do czasu, widać było patrol orków, chodzących i pilnujących porządku. Nie kwapili się oni zbytnio, do pomocy, przy naprawie zburzonego miasta. Wokół słychać było nawoływania sprzedawców, zachwalających swoje towary. <br />He`zac ruszył przed siebie. Nie miał konkretnego celu. Chciał po prostu pochodzić po mieście. Przywiązana do pasa sakiewka, przyciągała zaciekawione spojrzenia złodziejaszków. Jednak, zwisający obok niej miecz, skutecznie ich odstraszał.<br />Chociaż nikogo tutaj nie znał, dużo ludzi podchodziło do niego, witając go serdecznie.<br />Kiedy tak szedł, przypomniał sobie o tomiku Zekana.<br />Postanowił rzucić na nią okiem.<br />Przed sobą zauważył mały park. Ruszył w jego kierunku. Usiadł na jednej z wolnych ławek, wyciągając z kieszeni, małą czarną książeczkę.<br />Otworzył ją na stronie tytułowej i przeczytał:<br />Historia maga Arkanosa. Ktoś kto to pisał, miał bardzo koślawe pismo, zupełnie inne od tego, którym zostały zapisane pozostałe strony.<br /><br />- Dwudziesty maja, 203 r. e.c<br />Arkanos zamierza wykraść wiedzę dostępną tylko nam.<br /><br />Odwrócił kartkę.<br /><br />- Piąty czerwca, 203 r. e.c<br />- Plany Arkanosa, jak na razie, nie idą po jego myśli.<br /><br />Następna strona.<br /><br /> - Dwudziesty trzeci czerwca, 203 r. e.c<br />- Grozi nam nie bezpieczeństwo, Arkanos używając szantażu, dowiedział się jakie imię nosi jego dusza!<br /><br />Dalej.<br /><br />- Pierwszy lipca, 203 r. e.c<br />- Rozdzielenie duszy, przez Arkanosa nie powiodło się. Powstały dwie, niezniszczalne Dusze. Na razie uaktywniła się jedna z nich, siejąc zniszczenie.&nbsp; On sam tj. Arkanos, jest teraz zawieszony między życiem, a śmiercią.<br /><br />Ostatnia zapisana strona.<br /><br />- Trzeci lipca, 203 r. e.c<br />- Jedynym sposobem na pokonanie Dusz jest, zamknięcie ich w fiolce, którą aktualnie ma Arkanos.<br />Staje się to trudniejsze, jeśli te, zyskały postać cielesną.<br /><br />He`zac przekartkował całą książeczkę, ale nie było w niej już nic więcej.<br />Kim jest ten mag?&nbsp; Jak ja go znajdę?... Zadawał sobie pytania.<br />Zaraz, zaraz... Jeżeli on jest tak potężny, to musi być i znany, zapytam Uery. Schował tomik do kieszeni i ruszył do niej biegiem.<br />Wpadł do domu, trzaskając drzwiami.<br />Rodzeństwo, widząc zdyszanego chłopaka, popatrzyło na niego z lękiem.<br />- Coś się stało?<br />- Nie, wybacz, nie chciałem tak gwałtownie otworzyć tych drzwi...<br />- Spokojnie, nic się nie stało. - Kobieta uśmiechnęła się do niego.<br />- Czy mógłbym zamienić z tobą słówko? - Zapytał, ale widząc przeszywające spojrzenie Pakuzo, dodał - Na osobności?<br />Weszli do ciasnego pokoiku.<br />Pozwól, że od razu przejdę do rzeczy. Widząc, że dziewczyna nie protestuje, zaczął.<br />- Czy znasz kogoś o imieniu, Arkanos?<br />- Nie...? A powinnam?<br />- Nie, tak, znaczy, nie wiem...<br />- Ja znam!&nbsp; - Do środka wpadł Pakuzo.<br />- Z nim nie ma czegoś takiego, jak prywatność. - Rzekła złośliwie. Jednak jej brat, rzucił tą uwagę mimo uszu.<br />- Znam to imię, ze słyszenia! Ale jeśli chcesz, mogę Cię zaprowadzić do kogoś,&nbsp; kto znał go osobiście... Chcesz?<br />- Teraz? - Widząc, że najmłodszy z towarzystwa kiwa głową, dodał - Daleko to?<br />- Nie, ten człowiek mieszka na drugim końcu miasta. To będzie jakieś, dziesięć minut drogi. Chodź! - Pociągnął go za rękę. He`zac zerknął na Uere, jednak ta tylko przewróciła oczami odwracając się.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=7#p7</link>
<guid isPermaLink="false">7@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Po urządzeniu &quot;pogrzebu&quot; i pomodleniu się za zmarłego, chłopak ruszył sam w dalszą drogę, nie oglądając się za siebie. Nie chciał dłużej oglądać zmasakrowanego ciała swojego przyjaciela.<br />&nbsp; &nbsp; Nie znał tych terenów, mapa była w torbie u jego byłego konia, lecz ten został przysypany kilkumetrową warstwą gruzu.<br />Postanowił jechać prosto przed siebie, mając nadzieję, że bogowie mu sprzyjają. Trzy godziny później wyjechał, na niedużą polanę, okrążoną ze wszystkich stron przez las. Pośrodku znajdowało się niewielkie jeziorko, z krystalicznie-czystą wodą. Pod powierzchnią tafli można było dostrzec&nbsp; beztrosko pływające ryby. Przy głębszym wpatrzeniu się, również samo dno. <br />Młody podróżnik, zsunął się z wierzchowca i podszedł do stawu. Był bardzo spragniony. Klęknął przy brzegu, nabierając w dłonie wodę i pijąc ją chciwie. Następnie napełnił bukłaki, które miał przy sobie i przywiązał je do swego konia.<br />&nbsp; &nbsp; Wydarzenia zbyt szybko się potoczyły. Jeszcze kilkanaście dni temu bardzo pragnął wyruszyć w świat, szukając nowych przeżyć, lecz teraz, teraz, kiedy spotkał się już, ze śmiercią przyjaciela, samotną podróżą, i strachem. Jego pociąg do przygód, zmalał. Jednak był zobowiązany do wypełnienia ostatniej woli zmarłego. Upadł na samo dno, więc teraz się od niego odbije i wyjdzie na prostą. W końcu co gorszego może go spotkać? Jego własna śmierć? Rozmyślając wjechał pomiędzy drzewa, po chwili znalazł dróżkę która prowadziła w głąb lasu.<br />&nbsp; &nbsp; Myśli jednak nie dawały mu spokoju. Nie poddam się, być może to było jego przeznaczenie. Musiał tak zginąć, abym to ja mógł dokończyć jego dzieło. Kiedy będę miał chwilę wolnego czasu, oglądnę ten tomik, dowiem się jakie miał zadanie do wypełnienia, lecz teraz muszę się pośpieszyć. Nie może przeze mnie zginąć więcej niewinnych ludzi. Tym razem im pomogę! Nie zawiodę cię Zekanie.<br />&nbsp; &nbsp; Czas szybko mijał. He`zac nawet się nie spostrzegł kiedy las zaczął się przerzedzać. W końcu wyjechał z niego. Spostrzegł, że znajduje się na wzgórzu. W daleko na nizinie znajdowało się miasto. Okalał je drewniany mur, zbity z pali złączonych ze sobą i zaostrzonych przy końcach. Miasto posiadało cztery bramy, które wychodziły na cztery strony świata. Przy każdej z nich znajdowały się dwie wieżyczki, zbudowane również z drewna, na których powinni stać wartownicy. Ich zadaniem było alarmowanie mieszkańców, gdy ujrzą nadciągające nie bezpieczeństwo, oraz spisywanie ludzi przyjeżdżających i odjeżdżających. Problemem było tylko to, że żadnego strażnika nie było widać. Zaniepokoiło to nieco chłopca. Może udali się na przerwę? Lub mają zmianę warty albo to ja ich nie widzę. Nie ma co się martwić na zapas. Upominał się w duchu. <br />Piętnaście minut zajmie mi dotarcie do bram i ostrzeżenie ludności tam mieszkającej o nadciągającym ataku ze strony tych trzech ras.<br />&nbsp; &nbsp; Wszystko mogło wyglądać tak pięknie, gdyby nie nagłe wymaszerowanie wojsk trolli, orków i kamiennych golemów z gór, jakieś dwa kilometry od niego. Wrogie oddziały ciągnęły za sobą kilka prymitywnych, drewnianych wozów (z jedzeniem jak przypuszczał chłopak)<br />i kilkanaście katapult. O dziwo nie widać było doń amunicji.<br />&nbsp; &nbsp; Nie było czasu. Mieszkańcy nie zdążą się przygotować na szturm. A zanim He`zac dojedzie do miasta może być za późno.<br />Armia poruszała się w zawrotnym tempie, jak na jej warunki. W przeciągu pół godziny dotrą do miasta jak gdyby nigdy nic. I nikt się nie zoriętuje jak je już opanują. A tamtejsi obywatele? Będą musieli się podporządkować nowej władzy, a kto się będzie sprzeciwiał pewnie zginę... Może to i lepiej niżeli mieli by zginąć w walce? Być może pomyślą logicznie i nikt nie będzie na tyle głupi narażając na śmierć siebie i swoją rodzinę, robiąc z siebie bohatera który sam nic nie zdziała? Achh! O czym ja myślę! Przecież to byłaby hańba! Musze ich ostrzec tylko... Jak? Zastanowił się przez chwilę, po czym przyszedł mu na myśl pewien pomysł. Szalony pomysł.<br />&nbsp; &nbsp; Skoczył jak sarna w głąb lasu szukając suchych gałęzi, liści, wszystkiego co ogień może strawić.<br />Na szczęście w około, leżało pełno tego czego potrzebował. Cały chrust układał wokoło pnia wysokiego dębu. Następnie wyjął z kieszeni dwa nieduże krzemienie i zaczął uderzać jednym o drugi. Skoczyła iskra, padając na, suche jak piasek na pustyni liście. Zaczęło się tlić, pojawiły się małe płomienie, które rosły w oczach. Po chwili wszystko zaczęło się palić, tworząc przy tym olbrzymie ilości szarego kłębiącego się dymu, który z pomocą wiatru wznosił się wysoko w stronę nieba. Mimo to He`zac biegał szukając więcej drew i podrzucając je do ognia. Pień dębu zajął się ogniem, który pomału wędrował w górę ku koronie. Paląca się korona, ruszając się na wietrze podpaliła inne, które podpalały jeszcze inne. Na dole również przestało wyglądać to tak wspaniale. Trawa, małe drzewka, krzaki, wszystko to przenosiło ogień we wszystkie strony. W drzew spadały spalone, lecz jeszcze żarzące się czerwienią liście, przypominając deszcz ognia. Wtem chłopak doszedł do wniosku, że popełnił straszliwy błąd. <br />&nbsp; &nbsp; Mieszkańcy pobliskiego miasteczka na pewno zauważyli kłęby dymu i pożar, który rozniecał się w zastraszającym tempie, oraz nadciągający szturm na ich miasto. Nawet jeśli zdołaliby je obronić, nastaną trudne czasy. Las był obfity w zwierzynę i jadalne rośliny, które wykarmiały całe miasto. Teraz kiedy ich zabraknie, obywatele będą musieli sprowadzać żywność z innych miast, słono za nią płacąc, lub wyprowadzić się stąd szukając nowego domu. <br />&nbsp; &nbsp; Chłopak wybiegł desperacko z lasu, potykając się. Dobiegł do konia, wskoczył na niego i oglądnął się na miasto.<br />Trolle dotarły pod południową bramę, zaś orki i kamienne golemy rozdzieliły się i otoczyły resztę miasta. Nikt nie atakował. Czekali...<br />&nbsp; &nbsp; Po pewnym czasie na wierzy wartowniczej pojawiła się pewna osoba. Widać była jak rozmawia z kimś z dołu. Zaczęła wymachiwać rękoma i zniknęła. Zabrzmiało wycie rogów, przerywając ciszę.<br />&nbsp; &nbsp; He`zac spojrzał w niebo, na którym zbierały się deszczowe chmury. Niedługo będzie padać. Las może zostanie w pewnym stopniu uratowany. Zamknął oczy i pomodlił się do bogów.<br />&nbsp; &nbsp; Bogowie, być może nie zawsze postępowałem zgodnie z waszym prawem, być może zadałem wam ból, świadomie bądź nie, lecz teraz, w tej chwili proszę was o jedno, pomóżcie mi. Jedyne o co was proszę do deszcz, który zmyje i naprawi po części mój błąd.<br />&nbsp; &nbsp; Zagrzmiało i naraz zaczęło padać. Słychać było syczący ogień, który chciał uchronić się przed nieuniknionym. Zabijał bez litości, a teraz spotka go to samo - zniknie pozostawiając po sobie tylko sterty szarego popiołu.<br />Widocznie ulewa zaskoczyła wszystkich. Najeźdźcy stali jak wryci, czekając na polecenia swojego dowódcy. Widząc, że poziom wody pod nimi bezustannie się podwyższa, zaniepokoili się. Mieszkańców miasta ogarnęła nadzieja, mieli szczęście w nieszczęściu. Palący się las ostrzegł ich przed najazdem, kiedy juz go zauważyli, lunął deszcz, by zgasić znak. Teraz mieli czas by się przygotować do odparcia ataku.<br />-Nie będziemy dłużej czekać! Nie chcą po dobroci, to zdobędziemy miasto siłą! - Wskazał ręką na bramę i szeptem dodał - Atakować!<br />&nbsp; &nbsp; Fala potworów ruszyła pomału do przodu przedzierając się przez gęste błoto powstałe pod nimi, zaś na murach obronnych pojawiały się pierwsze oddziały łuczników. Wewnątrz miasta przy każdej z bram ustawiło się kilkudziesięciu rycerzy odzianych w półzbroje i trzymających wielkie dwuręczne miecze. Za zadanie mieli, bronić ich miejsca zamieszkania i nie dopuszczać do rozprzeszczeniania się wrogów. Kobiety, dzieci i kilku mężczyzn, schowali się wewnątrz świątyni znajdującej się w rynku, zaryglowali wejście i czekali na wieści od informatorów o rozwoju akcji.<br />&nbsp; &nbsp; Trolle taranowały południową bramę miasta nie zważając na grad strzał lecących w ich stronę. Ktoś wpoił im nienawiść, której to już nie kontrolowali. Dosłownie dążyli do celu po trupach swoich własnych przyjaciół. Po kilku chwilach rozwalili bramę i wkroczyli do środka. A tutaj niespodzianka - od razu rzuciło się na nich kilkudziesięciu ludzkich wojowników, odcinając ostrymi jak brzytwa mieczami ich głowy, ręce i inne części ciała. Tryskała krew.<br />&nbsp; &nbsp; Z wierz wartowniczych wylewany był wrzątek. Naraz wszyscy usłyszeli świst a następnie huk. Nikt się tego nie spodziewał. Najeźdźcy wystrzeliwali katapultami kamienne golemy. Jeden z nich trafił prosto w dom stojący w mieście i zmiótł go z powierzchni ziemi. Wstał i ruszył niszczyć co popadnie. Podbiegło do niego dwóch mężczyzn, zaczęli wymachiwać mieczami, próbując go zabić, lecz nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu.<br />Nie wiedzieli, że jedynym sposobem na unicestwienie kamiennego golema jest magia. Tak więc oboje polegli w tym pojedynku.<br />Wyglądało to beznadziejnie. Nikt z broniących się nie widział większych szans na zwycięstwo. Miasto było już w połowie zniszczone. Wszystkie bramy były już staranowane, a najeźdźcy penetrowali dom po domu. Doszli do centrum i&nbsp; już mieli wywarzać wielkie wrota, prowadzące do świątyni, lecz te same się otworzyły. Światło padło na postać wyłaniającą się z ciemności. Była ubrana w piękną gładką zbroję, u boku przypasany był miecz. Na rękach miała rękawice ze skóry. Twarz tego człowieka nie przedstawiała niczego. Była bez uczuć. Czarne włosy opadały na niebieskie, bystre oczy.<br />&nbsp; &nbsp; -Stać- Obwieścił donośnym głosem.<br />Dwa trolle jednak nie posłuchały i pewnym krokiem szły w jego strone.<br />-Ostrzegam was po raz ostatni, stać! - Groźby nie podziałały.<br />Mężczyzna wyciągnął prawą rękę w kierunku wrogów i wyszeptał kilka słów. Z jego dłoni wystrzeliła kula ognia, trafiając prosto w potwory.<br />Te zaczęły się palić, widać było cierpienie na ich twarzach. Coś krzyczały. Lecz trudno było je zrozumieć. Czuć było przy tym okropny zapach, spalanej skóry.<br />Przez pewien czas nikt sie nie odzywał.<br />-Przesssuń się! No dalej, a ty na co czekasz? Zrób mi miejsce, chcę przejść!<br />Spośród zjednoczonych ras, wyszła niska osoba, była siwa. Miała bardzo charakterystyczne oczy, jeśli można to było nazwać oczami. Nie było w nich nic, ziały nicością.<br />Stanęła naprzeciw tłumu, który zgromadził się już przed świątynią, skinęła ręką na dwóch orków. Ci stanęli po jej prawej i lewej stronie.<br />- Witam, szanownego, jak widze po odznaczeniach - oficera. Pamiętasz może, jak rozmawialiśmy przed jakimiś, mmm, trzydziessstoma minutami? Ty na wierzy, a ja pod bramą?<br />Czy wtedy coś mówiłeś, że nie wpuścisz nasss do środka? <br />Och... Przepraszam, że zwracam się do ciebie na &quot;ty&quot;, ale chyba... przegrałeś? Jestem w środku. To miasssto od dziś należy do nasss. Od dziś to my ussstala...<br />-To miasto nigdy nie będzie wasze! - Wszedł mu w słowo oficer.<br />-Noo... Nie ładnie tak przerywać, gdy ktoś mówi. Na takim ssstanowisssku, już powinno się mieć trochę kultury. <br />- Ja ci pokażę kulturę! - Wyciągnął obie dłonie, jedną w lewo, drugą w prawo, wykrzyknął :<br />-Kastaaas aut`hrez! - Pojawiły się tam kule ognia, złączył je przed sobą, i wystrzelił. Słychać było świst. Następnie był błysk. Wszyscy pozamykali oczy. Kiedy je otworzyli, przywódca najeźdźców, trzymał kulę ognia w swej prawej dłoni.<br />- To nie było miłe... Wiec, że ja nie jessstem człowiekiem. W taki sssposssób mnie nie zatrzymasz. Nie ma mocnych, by mnie pokonać. Radzę się wam natychmiassst poddać nowym rządom, rządom Duszy Białego Umysłu, albo ssskończycie jak wasz przywódca. - Odstrzelił kulę w kierunku oficera. Ta trafiła go w brzuch, dziurawiąc i osmalając zbroję. Odleciał na kilka metrów do tyłu, roztrącając tłum ludzi stojących za nim.<br />- A teraz, kto będzie waszym przewodniczącym? Wybierajcie szybko, musze z nim omówić wasz losss... Pamiętajcie, lepiej byłoby, gdyby ten ktoś, miał bardziej dyplomatyczne podejście do sssprawy.<br />Zgłosiło się kilka osób, lecz ludność miasta wybrała, drogą szybkiego głosowania - jedną. Była to kobieta, dość wysoka. Miała długie, jasno-rude włosy, okrągłą twarz, piwne oczy, mały nos, i idealnie do niej pasujące usta, którymi, czarowała większość mężczyzn w okolicy.<br />- Idź za mną - polecił dziewczynie. - A wy, macie ich pilnować i nikogo nie wypuszczać, a jeśli ktoś będzie próbował zbiec, zabijcie.- rozkazał swemu wojsku.<br /><br />&nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; ***<br />Pięć minut później znaleźli się przed pustą, prawie nie naruszoną chatą, leżącą na obrzeżach miasta. Weszli do środka. Wszystko urządzone było bardzo skromnie. Na pierwszy rzut oka, widać było, że mieszkała tu jedna, maksymalnie dwie osoby. Lubiły porządek, bo wszystko było idealnie poukładane. Książki leżały na półkach, łoże było posłane, podłoga pozamiatana, W misce znajdowała się czysta woda. Naczynia były poukładane według wzrostu, na wyznaczonych dla nich miejscach.<br />Kobieta, rozglądała się jeszcze kilka chwil, zapominając po co tu przyszła, kiedy usłyszała chrząknięcie, ocknęła się.<br />-Siadaj. - Polecił jej szorstko, wskazując na drewniane krzesło. <br />- Wiesz po co tu jesteś?<br />- Taak, raczej tak. - Odpowiedziała. <br />Mimo, że była bardzo młoda, wyczuwało się jej odwagę.<br />Miała siedemnaście, może osiemnaście lat.<br />- Tak, raczej tak, to znaczy po co?- Domagał się odpowiedzi<br />- Omówić warunki kapitulacji, jak śmiem mniemać.<br />-Dobrze, brawo. Teraz żałuje, że tam pod bramą nie miałem przyjemności, rozmawiać z tobą, bo wszyssstko mogłoby się inaczej potoczyć.<br />-Możliwe<br />- Dobrze, powiem od razu. Przegraliście, więc od dziś, to miasssto będzie prosssperowało na moich zasssadach. Pewna część waszych dochodów, będzie wędrowała do mojej kieszeni. By wyżywić i wyszkolić mą armię.<br />Biorę również tysiąc mężczyzn, w wieku od dwudziessstu do trzydziessstu pięciu lat, potrzebni mi oni będą do bitew o inne miasta. Myślałem nad przejęciem urzędów przez moje - Tu się uśmiechnął - potworki, ale to by chyba, doszczętnie wasss pogrążyło. Po moim wyjeździe zossstanie tu około pięćdziesięciu trolli, orków czy golemów, jak wolisz.<br />Mają być dobrze traktowani, dossstaną rozkaz więzić każdego, kto będzie sprzeciwiać się nowej władzy. <br />&nbsp; &nbsp; Kobieta zaniemówiła <br />- Ee, noo tak, ile w przybliżeniu będą wynosiły &quot;datki&quot; na twe wojsko? <br />- Myślę, że około trzydziessstu procent.<br />-To zdecydowanie za dużo! - Sprzeciwiła się dziewczyna.<br />- Jesteśmy tu by dyssskutować, także jaka jest twoja propozycja o... Jak się nazywasz?<br />- Uera Whil, moja propozycja brzmi następująco, dostaniesz piętnaście procent, maksymalnie dwadzieścia. Weźmiesz pół tysiąca ludzi, i nakażesz, tym których zostawisz, pomóc nam odbudować to co zniszczyliście. A gdy zdołasz podbić inne miasto, zwrócisz nam naszych mężczyzn.<br />&nbsp; &nbsp; -Nie zgodzę się, wezmę siedmiussset ludzi, a zossstawie sześćdziesięciu trolli, bo moim zdaniem to najinteligentniejsza rasssa, ssspośród tych trzech.<br />-Zgoda, ale... Jak nam zrekompensujecie podpalenie naszego lasu?<br />- Nikt z moich ludzi nie dossstał takiego rozkazu, to nie nasza zasssługa.<br />-Jak nie wasza to czyja?<br />- Skąd mam wiedzieć?<br />- To chcę jeszcze, aby ktokolwiek z twojego wojska, odnalazł sprawcę.<br />- Jeszcze czego. Zresztą, po co? Zabijecie go? Nie, nie zgadzam się.<br />- Nie? Dobrze, życzę powodzenia, ten ktoś, lub coś, kto podpalił las, miał, moim zdaniem, na celu, ostrzeżenie nas, przed nadciągającym nie bezpieczeństwem, także, jeśli będzie was śledził, i próbował ostrzec wasz przyszły cel, to uważaj, bo przyszła inwazja może się nie powieść.<br />-Zgoda, przekonałaś mnie. Wyśle na poszukiwania, dwóch, trzech tropicieli, a teraz pora na mnie. Czass to władza. A ty wracaj do ssswego ludu i opowiedz im, na jakich warunkach przystaliśmy.<br />- Mogę cię zapytać o jedno? <br />Na te słowa brwi mistrza podskoczyły niewiarygodnie wysoko.<br />- Noo... Pytaj. - Odpowiedział swoim dawnym suchym głosem.<br />- Kim ty jesteś?<br />Dusza zastanowiła się przez chwilę, po czym odwróciła się na pięcie. podeszła do drzwi, otwierając je powolnym ruchem.<br />- Bogiem, jestem bogiem. - Wyszła, pozostawiając kobietę samą, ze swymi myślami.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=6#p6</link>
<guid isPermaLink="false">6@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Lawina ustała. <br />-Pomocy! - wrzeszczał przerażony He`zac. Był w wyraźnym potrzasku. Nie wiedział co się stało z jego towarzyszem, czy jeszcze żyje? I co się teraz stanie z nim samym? Usiadł opierając się plecami o wilgotną ścianę, pokrytą mchem. Powietrze tu było stęchłe. Lekkie promienie przeświecały przez, nieliczne otwory u wyjścia.<br />Ze stropu jaskini zwisały stalaktyty, z których kapały krople wody, tworząc kałużę. Przynajmniej nie umrę z wycieńczenia. Pocieszał się.<br />Siedział tak godzinę, może więcej, już sam nie wiedział stracił poczucie czasu - był bezradny. Regularne odgłosy kapania, przyprawiały o ból głowy. Nagle, zauważył coś w głębi jaskini. Wstał i ruszył w kierunku dziwnego, zielonkawego światła. Gdy dotarł do celu zobaczył, że świecą to fluorescencyjne grzyby. Chwycił jednego w rękę i ugryzł kawałek Bleee, jakie to obrzydliwe! Gorzkie, Łee... Myślał Znakomicie, a mówią, że nie ma sytuacji bez wyjścia...No racja mam wyjście - zgnić tutaj. Phi! Do tego jedzenie zostało w torbach podróżnych! I co ja teraz pocznę?! Mogłem zostać w domu! Zachciało mi się podróży! Umrę w samotności... Chłopak litował się sam nad sobą.<br />Wtem, usłyszał jęk. Na początku pomyślał że mu się przesłyszało lecz ten jęk był prawdziwy. Dochodził z zewnątrz.<br />&nbsp; &nbsp; He`zac podbiegł do zaklinowanego kamienia i przez szparę krzyknął <br />-Zekan! Żyjesz?! - W odpowiedzi usłyszał tylko jęk. - Nie bój się coś... coś wymyślę, jestem cały, nie widzę cię przez tą kupę gruzów! - Zdenerwował się. Odczekał kilka minut myśląc nad ich losem. Wtedy jak grom z jasnego nieba doznał olśnienia! Przypomniał sobie słowa Swego towarzysza. &quot;-Dziwne... Rzadko się widzi taki rodzaj magii... Poznaje, że ten oręż został wykuty przez krasnoludów, a o dziwo Orcy magowie dodali mu jakieś właściwości...&quot;<br />-Warto spróbować- mruknął sam do siebie. Wyciągnął z pochwy stalowy miecz, chwycił w dwie ręce i podniósł go w górę. Ten lekko lśnił, albo przynajmniej takie przewidzenie miał chłopak. <br />Podszedł do skały tarasującej wyjście zamachnął się, modląc się w duchu by zadziałało i uderzył z całej siły w przeszkodę.<br />Miecz zatopił się w litej skale jak w maśle. Zdziwiony, młody podróżnik zaczął machać jak najszybciej mieczem rozwalając głaz. Po dziesięciu minutach znalazł się na powierzchni. <br />Odetchnał głęboko świeżym powietrzem. Rozejrzał się w koło. Ujrzał krew, duże ilości krwi. Podbiegł do gruzów, i zaczął je odgarniać. Na szczęście, lub na nieszczęście był to rozgnieciony koń.<br />-Gdzie jesteś?! - zawołał - Proszę nie rób mi tego! -Biegał wte i wewte - Gdzie jesteś - krzyczał załamanym głosem ze łzami w oczach.<br />Usłyszawszy stęknięcie ruszył w jego kierunku. Gdy zobaczył Zekana, aż sam jęknął. Elf miał przygniecione nogi, ogromnym głazem i liczne rozcięcia. Leżał w kałuży krwi. Można było ujrzeć śmierć w jego oczach. <br />-Um... Umieram - Wysapał łucznik<br />-Nie, nie umrzesz - zaprzeczał towarzysz. <br />-Obiecasz mi jedno?- poprosił<br />-Tak, postaram się<br />-Powiadom Sarvil o nadciągającym nie bezpieczeństwie - plunął krwią - Tam stoi mój koń - przeżył, nic mu się nie stało. W przeciwieństwie do mnie - zażartował - w moich bagażach znajdziesz owinięty w koszule, tomik - Przeczytaj go kiedy będziesz miał czas, tam pisze kim jestem, co robiłem i jakie mam zadanie, niestety, nie udało mi się go wykonać, dlatego... Przekazuje je tobie. - Widząc, że klęczący nad nim chłopak płacze dodał - Nie rycz - uśmiechnął się - to nie twoja wina... Powinienem ci zaufać. Aha... I gratulacje, sam doszedłeś do tego jak wykorzystywać przedmioty magiczne, bez mojej pomocy. Żegnaj - Dodał sennym głosem<br />-Nie, nie umieraj, czekaj, wyciągnę cię spod tego kamienia. Dojedziemy do miasta przeżyjesz! <br />-Nie okłamuj się, za kilku minut się wykrwawię. Zostaw mnie i jedź. Nie ma czasu na sentymenty. Masz moje błogosławieństwo. Śmierć to tylko przejście na lepszy, ciekawszy etap, w końcu wszyscy tam się spotkamy... - Oczy mu się zamknęły.<br />-Nie! Żyj! Nie możesz tak umrzeć! Nie tak!&nbsp; - Krzyczał chłopak bijąc pięściami w piersi elfa. Jakiś wewnętrzny głos w jego głowie, uświadomił mu jednak, że jego towarzysz odszedł, odszedł przemierzać następny, lepszy etap.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=5#p5</link>
<guid isPermaLink="false">5@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Gdy nastał świt, He`rac zbudził śpiącego towarzysza. Następnie zjedli skromne śniadanie, wysuszyli ubranie po nocnej ulewie i przestudiowali mapę.<br />-Jesteśmy tutaj - wskazał palcem na mapie elf - A tutaj rozpościera się na całą szerokość kontynentu, pasmo gór Kardowskich, będziemy musieli przejechać przez Kanion Śmierci - widząc zdziwioną minę swojego podopiecznego, dodał - nie bój się, nazwali go tak, ponieważ tam odegrała się jedna z największych bitew w dziejach Tirsha`y. Orki, trolle, kamienne golemy zakazały zbliżać się do tych gór, tylko dlatego, że chcieli je mieć na własność, zagrozili, że jeśli ktokolwiek się do nich zbliży - zabiją go. Lecz, to jedyny szlak prowadzący z południa na północ naszego kontynentu, więc ludzie elfy oraz o dziwo krasnoludowie, którzy rzadko wychodzą ze swoich podziemi, zjednoczyli się mając wspólny cel i wypowiedzieli im wojnę.<br />Tamci przyjęli ją z chęcią. -westchnął - Byli zbyt pewni siebie. A wszystko odbyło się właśnie tutaj w Kanionie Śmierci.<br />Wygrała nasza strona, lecz poniosła poważne straty... Teraz zobaczyć, któregoś z rasy przegranych w tych stronach to prawdziwe szczęście... no i pech zarazem - zaśmiał się - bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że ten rozerwie cię na strzępy, jeśli w porę nie zdążysz przed nim umknąć.<br />No ale przynajmniej mamy szlak, którym mogą podążać podróżnicy, kupcy i inni. - dodał bardziej do siebie niż do chłopaka.<br />-Czyli przechodząc przez te góry możemy... zginąć? - zapytał drżącym głosem młody podróżnik<br />-Nie słuchałeś mnie? Mówiłem, że teraz te &quot;potwory&quot; są prawie nie spotykane. Zresztą po wojnie zostało tam kilku naszych strażników, którzy pilnują tej drogi. Mają jeszcze za zadanie wybijać członków tamtej rasy, jeśli takowych zauważą. Dobra, starczy tych historycznych nauk, pakuj się ruszamy w drogę. Dziś wieczorem powinniśmy dotrzeć do podnóża tych gór, tam przenocujemy a, następnego dnia będziemy próbować je przebrnąć.<br />-Pamiętasz, obiecałeś mi nauczyć mnie magii - zmienił temat He`rac<br />-Tak to przy następnym przystanku, myślę że około południa zatrzymamy się by odpocząć i wtedy zacznę ci wpajać trochę mojej wiedzy, na temat magii do twojej młodej i nie doświadczonej główki - odpowiedział ironicznie Zekan. Chłopak nie odpowiedział. - Ruszamy - dodał spokojnie.<br />Pogalopowali przed siebie, z czasem słońce było juz wysoko na niebie, ogrzewając ich przyjemnym ciepłem. W około było coraz więcej drzew, tu i tam kicały czasem zające, biegały sarny. Nad ich głowami latały beztrosko ptaki, wyśpiewując swoje zachwycające melodie.<br />Chmury odeszły daleko na południe.<br />-Patrz, koń! - wykrzyknął He`rac<br />-Taak, spróbujemy go złapać, szybciej dotrzemy do celu mając dwa wierzchowce.<br />-Ale... jak ty chcesz złapać dzikiego konia? I jeszcze go ujeździć w tak krótkim czasie? Mówiłeś, że mamy dotrzeć do podnóża góry przed zapadnięciem zmroku.<br />-Oj chłopcze, ty jeszcze mnie nie znasz. - elf uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni jedną ręką (drugą trzymał lejce) mały wystrugany z drewna flet.<br />-Teraz wystarczy zbliżyć się do niego i będzie nasz! - Popędzili w stronę czarnego rumaka.<br />-Trzymaj lejce - mówiąc to rzucił je towarzyszowi.<br />-Ale ja!... Ja nie umiem jeździć konno!<br />-Trudno nauczysz się! - zaśmiał się łucznik i zeskoczył z konia. Wylądował zwinnie na ziemi. Przyłożył flet do ust, z którego zaczęło wydobywać się piękne brzmienie. Zwierz zauroczony tym tonem, stanął i czekał na swojego pana.<br />-Teraz ja będę jechał na tym rumaku, a ty na tamtym. - powiedział to podchodząc do swojej zdobyczy.<br />-P-p-pomóż! - krzyczał chłopak, który nie mógł opanować wierzchowca. - Nie potrafię się zatrzyyyyymać!<br />-Ach zapomniałem o nim - mruknął do siebie Zekan - Wystarczy tylko pociągnąć do tyłu za lejce i powiedzieć &quot;PRRR&quot;<br />Moment później opanowali sytuację.<br />-Nigdy, nigdy więcej - dyszał chłopak - nigdy więcej nie rób czegoś podobnego!<br />-Widzisz... Chciałeś się nauczyć władać czarami, a tu proszę, trzeba zacząć od czegoś bardziej przydatnego w życiu. Magia poczeka.<br />-N-nie...- prosił chłopak - błagam, naucz mnie!<br />-Teraz mi pokażesz jak władasz mieczem, jak widzisz mamy przerwę. Muszę się dowiedzieć, jakie posiadasz umiejętności, żeby przejść do rzeczy trudniejszych, musimy zacząć od podstaw. O widzisz tamten kij? Idź po niego. Ja sobie wezmę tamten - wskazał na leżący w pewnej odległości od niego średniej długości badyl.<br />-Gotowy?<br />-T-tak? - odpowiedział niepewnym głosem He`zac<br />-Zaczynamy, spróbuj mnie pokonać.<br />Chłopak zamachnął się próbując trafić elfa w bok, ten odskoczył, zamachnął się i trafił kijem, swojego przeciwnika w tył nogi. Skutek był dobry chłopak padł na kolana, zanim zdążył wstać miał wycelowany badyl w głowę.<br />-Szybko i łatwo, zginąłbyś, gdybyś walczył z prawdziwym wojownikiem. Nie martw się nauczysz się z czasem, zanim dotrzesz do domu, będziesz juz wyszkolony perfekcyjnie. - oznajmił łowca przygód - A teraz, wstawaj, już zmęczony? Wstawaj, wstawaj ćwiczymy dalej.<br />Godzinę później, zakończyli trening. Młody podróżnik opatrywał swoje rany, a gdy próbował wstać, wszystko go bolało. Kiedy spojrzał na swoje ręce, całe miał posiniaczone, jak i resztę ciała. Zaś elf załapał tylko dwa lub trzy lekkie uderzenia.<br />-Nie musiałeś tak mocno...<br />-Myślisz, że prawdziwy nieprzyjaciel, będzie zadawać lekkie i powolne uderzenia?<br />-No nie... Ale ja dopiero zaczynam!<br />-Wiem, teraz codziennie będziemy tak trenować - Łucznik wyszczerzył zęby, a chłopak jęknął. - No nie przeżywaj, kiedy cię juz podszkolimy, zabierzemy się do magii.<br />-Przynajmniej jedna dobra wiadomość.<br />-Dobrze, jeszcze kilka minut i jedziemy.<br />-Co?! Ja muszę odpocząć.<br />-Ha! Widzisz, jakbyś się bardziej starał to byś teraz mniej cierpiał.<br />-Jutro się postaram... - obiecał młody.<br />Minęło południe, elf zlitował się nad swoim podopiecznym. Postanowił zatrzymać się w tym miejscu i rozbić obóz. Odpoczywali, wygrzewając się w letnim słońcu. Z południa wiał lekki wiatr, który szeleścił liśćmi drzew, zarazem niosąc ukojenie w ten upalny dzień.<br /><br />***<br /><br />-Sssłuchajcie - Zasyczał czyiś głos - przybyłem tutaj by wam pomóc. - Gdzieniegdzie rozległy się pomruki i szepty.<br />-Wiem jakie macie tu warunki do życia, że ledwo wiążecie koniec z końcem, dlatego ja possstaram się wam pomóc... - szepty były coraz głośniejsze, przeradzały się w krzyki, na co mówca podniósł obie dłonie w górę, na znak, by wszyscy się uciszyli i kontynuował - Kto nie chce sssłuchać może ssspokojnie odejść, jednak kto jest zainteresssowany lepszym ssstandartem życia i bogactwami, niech zossstanie i wysssłucha tego, co mam do powiedzenia.- Zrobił krótką pauzę i rozejrzał się w koło, widząc, że wszyscy pozostali na swoich miejscach, postanowił mówić dalej. - Tak więc, któż nie pamięta tej wojny, wojny w której przegraliście? Na pewno myślicie czasssami o zemście. Chcielibyście dać nauczkę tym, którzy zmusili wasss do tego, żebyście żyli teraz tu! W nędzy i ubussstwie! A oni, oni mają wasss za nic! Za wymierające rasssy! I mają sssatysssfakcje z tego, że z wami wygrali. Myślą, że już nikt im nie zagrozi. Mają wasss za podrasssy, będące stworzone w wyniku błędu bogów! Równie dobrze moglibyście nie issstnieć, nie odczuliby żadnej różnicy. - Mówca przerwał, czekając by gwar ucichł. - Ale tak się ssskłada, że wy issstniejecie, a ja znam wasz problem i pomogę wam go rozwiązać.<br />-Czemy mamy czy ufacz? - rozległ się gruby głos dochodzący gdzieś z głębi tłumu.<br />-Przeczesz jesztesz człowiekiem! - krzyknął inny, równie gruby i jeszcze bardziej doniosły głos.<br />-Pytacie czemu macie mi ufać? - Zapytał odpowiadając i ściszając głos dla lepszego efektu. - Ponieważ zaufanie to podssstawa. Macie wybór, możecie iść ze mną, wtedy ja pomogę wam odzyssskać władzę w górach, a nassstępnie podbijemy wspólnie cały kontynent Tirsha! Lub zostać tu i zginąć... A co do drugiego pytania... To ja nie jestem człowiekiem. <br />-Jak to nie jesztesz człowiekiem, przeczesz wyglądasz jak człowiek!<br />-Ale, to nie znaczy, że nim jestem... <br />-Udowodnyj! - Krzyczał tłum.<br />-Proszę bardzo - Wyciągnął z pod płaszcza mały, stalowy sztylet. - Czy jeśli byłbym człowiekiem zrobiłbym tak? - Przyłożył go do lewej dłoni i szybkim ruchem, odciął ją, jękając przy tym. Trysnęła zielona krew. Martwa kończyna opadła bezwładnie na kamienny podest. <br />Po chwili martwy kikut, zaczął nabierać swojego poprzedniego kształtu i juz po minucie dłoń była jak nowa.<br />Rozległy się głosy zdumienia.<br />-Jam jessst Morthisss - Dusza Białego Umysssłu. - Zapadła cisza. Słychać było tylko ciężkie oddechy trzech, od pół wieku, żyjących ze sobą ras - orków, trolli i kamiennych golemów.<br />-W jaki szposób chczesz nam pomócz? I co chczesz w rzamian, bo jak sządzę nie pomagasz nam beszcelowo, muszisz miecz w tym jakisz interesz. - Przerwał ciszę jeden z trolli.<br />-Taak. Chcę tylko byście przekazali mi kilka interessujących mnie zwojów z waszej - odchrząknął - &quot;biblioteki&quot;. W zamian, ja udoskonalę wasss, oraz ujawnię plan, w jakiej kolejności podbijać pojedyńcze miasssta, by wasze wojsko rosssło w siłę i przyciągało najemników, mogących wasss wesssprzeć w walkach mających na celu podbicie tego kontynentu. Nauczycie się ode mnie również, cennej sztuki dyplomacji, która to pomoże wam, niekiedy, bez poniesienia żadnych ofiar, przejęcie poszczególnych miassst, pańssstw. Zgadzacie się na te warunki? - Blisko pół tysiąca słuchaczy, ryknęło na raz z aprobatą.<br />-Dobrze, macie tutaj jakiegoś przywódce, kogoś kto mógłby wasss reprezentować?<br />-Ja - Spośród zgromadzenia, wystąpił bardzo dobrze zbudowany troll, który mógłby jednym uściskiem dłoni zgnieść ludzką głowę na miazgę. Na szyi miał srebrny, błyszczący się łańcuch, który był znakiem, że to bardzo ważna i poważana w społeczeństwie osobistość. W ręce trzymał drewnianą maczugę. - Nazywam się Trhas Anatroutidartus, jestem przywódcą tych wszystkich ras, które tu widzisz. Co śmierć wodza wybierają nowego, najbardziej wykształconego i najsilniejszego. Tym razem padło na mnie. Panie - skłonił się lekko - Jesteśmy gotowi służyć ci, lecz teraz bądź łaskaw i chodź za mną. Omówimy dokładniej twe plany. Pozwolisz, że pójdzie z nami jeszcze jeden z przedstawicieli rasy orków i kamiennych golemów?<br />-Aha - Przytaknął Morthis. Ruszyli w głąb jaskini znajdującej się niedaleko. Tłum rozstępował się, w ich oczach widać było nadzieję na poprawę życia.<br /><br />***<br />-Wstawaj, wstawaj! - chłopak potrząsał swoim towarzyszem.<br />-Co, co jest? - Ten zerwał się na równe nogi, odruchowo szukając miecza.<br />-Przysnąłeś i chyba miałeś jakiś koszmar. To słońce chyba ci przygrzało za mocno. Krzyczałeś, rzucałeś się... Jesteś cały rozpalony i zalany potem.<br />-To był jeden z najrealniejszych snów w moim życiu, powiedziałbym nawet, że miałem wizje, tylko teraz wszystko widzę jak przez mgłę. Nie mogę sobie przypomnieć, co dokładnie widziałem. Wszystkie wspomnienia opuszczają mnie, wymazują się z mojej pamięci. Przypominam sobie jednak, że nie... nie byłem człowiekiem.<br />-Pamiętasz coś jeszcze?<br />-Nie.<br />- Dobra, może w międzyczasie sobie coś przypomnisz. Za niedługo świt, przespałeś prawie cały dzień. Czy aby na pewno chcesz jechać w dalszą drogę? Martwię się o ciebie.<br />-Nie, tak... Eee nie, znaczy nie martw się o mnie, pakuj się ruszamy.<br />-Już wszystko spakowałem, nie mogłem zasnąć, przy twoim wołaniu przez sen.<br />-Oh, świetnie, w takim razie ruszamy. - Odpowiedział lekko zmieszany elf<br />Jechali w milczeniu. Zekan czuł na sobie zatroskane spojrzenie chłopaka.<br />Do podgórza dotarli po dwóch dniach. Wierzchołki gór pokryte były białym, błyszczącym się śniegiem i sięgały chmur. Gdzie nie gdzie na stromych zboczach rosły drzewa iglaste, w większej były części już uschnięte, część z nich była nadpalona, jak gdyby uderzył w nie piorun. Dróżka, która prowadziła pomiędzy masyw górski, również nie nastrajała optymizmem. Była kamienista, nierówna, tu i tam leżały wielkie głazy, które osunęły się ze szczytów w czasie lawin i uniemożliwiały łatwy przejazd.<br />He`zac zmarszczył czoło i popatrzył na swojego towarzysza.<br />-Eheh - zaśmiał się sztucznie. -Będzie nas czekać trudna przeprawa.<br />-Racja, lecz przemyślałem wszystko i nie będziemy musieli przejeżdżać przez Kanion Śmierci. Przypomniałem sobie inną równie dobrą drogę. Musimy jednak przebyć te góry jak najszybciej, bo jeśli złapie nas silna burza z ulewnymi opadami deszczu, albo trzęsienia ziemi, co w tych rejonach zdarza się często to...<br />-To co? - Zapytał zaniepokojonym tonem chłopak.<br />-To popłyniemy wraz z prądem, lub zostaniemy przygnieceni przez osuwające się lawiny kamieni i błota. - Dokończył poważnie Zekan.<br />-Oj tam, może czasem się to zdarza, ale widzisz, jest lato, juz prawie nie pada, a nawet jeśli to deszcz szybko mija. Na pewno aż takiego pecha nie będziemy mieli.<br />-Żebyś się nie zdziwił.<br />Ruszyli wprost przed siebie ciągnąc za sobą konie które w górach były bezużyteczne, ponieważ ślizgały się na kamieniach. Po pewnym czasie znaleźli się przy rozwidleniu dróg. <br />-Idąc tędy - wskazał ręką w lewo - przebrniemy te pasmo gór szybciej, niżeli byśmy szli normalnym szlakiem. - Stwierdził pouczająco doświadczony podróżnik. - Lecz ten odcinek, jest dawno wyschniętym korytem rzecznym. - dodał - Więc istnieje ryzyko, że...<br />-Nie ma takiej możliwości - wszedł mu w słowo Ha`zac - Wspaniale - rzekł zmieniając temat - ale ile łącznie zajmie nam przejście na drugą stronę?<br />-Od... Hmm pięciu dni przy dobrych warunkach, do piętnastu przy gorszych. Oczywiście możemy w ogóle nie wyjść stąd żywi. -Zażartował łucznik, młody popatrzył się na niego z ukosa, lecz nic nie odpowiedział.<br /><br />***<br /><br />Minęły trzy dni, podróżnicy dalej błąkali się po górach. Zapasy jedzenia niepokojąco szybko znikały z ich toreb podróżnych.<br />W około nie widzieli żadnej zwierzyny. Niekiedy tylko szczątki królika czy sarny.<br />-Hmm, niepokoją mnie szkielety tych zwierząt. Coś dużego musiało na nie polować. Widzisz - wskazał palcem - Skręcony kark. Żadne zwierze nie skręca karku swoim ofiarom. Coś co zabiło to zwierzę jest nie daleko. O widzisz? Krew. Ma nie więcej niż pięć dni... A ty co tam robisz? - zapytał łowca przygód, oglądając się za siebie i widząc swojego kompana, który kuca przy ziemi badając &quot;coś&quot;.<br />-Co to jest?- spytał - Jeśli to jest tym o czym myśle, to, to jest przynajmniej trzy razy większe od ludzkiej.<br />-Masz racje - przytaknął elf podchodząc do towarzysza i kładąc mu dłoń na ramieniu - To jest odcisk stopy. Stopy kamiennego golema. -<br />Teraz widział dokładnie, wokoło było pełno podobnych tropów.<br />-Jaki ja byłem głupi! Jak ja mogłem tego wcześniej nie zauważyć - robił sobie wyrzuty - Tak dużo jest tu tych śladów, że zlewały się w moich oczach, i niczego nie dostrzegłem! <br />-Popatrz- krzyczał - tutaj i tutaj - biegał od jednego miejsca do drugiego - Wszystkie niedobitki po wojnie zebrały się w jedno i teraz... Idą na północ. Są tu trolle, orcki i jak wcześniej wspomniałem - kamienne golemy! Trzeba ostrzec Sarvil! To miasto jest u samego wylotu gór, nic nie wiedzą o nadciągającym w ich stronę ataku. - Teraz sobie przypominam! To właśnie widziałem w moim śnie! To ja zjednoczyłem te... te podrasy! One planują zemstę - Ręce mu się trzęsły, w jego oczach widać było strach.<br />-Opanuj się, usiądź - Chłopak próbował uspokoić swojego przyjaciela - W takim stanie nic nie zdziałasz!<br />-Racja- Opamiętał się elf - usiadł na ziemi i ciężko oddychał<br />-No teraz lepiej - pochwalił go towarzysz - teraz zastanówmy się co możemy zrobić<br />-Jechać za nimi! Wyprzedzić ich! Dotrzeć szybciej do Sarvil! - Wstał podbiegł do konia - Wskakuj, zdaje się, że tutaj jest równiejsza droga, jedziemy! Znam skrót!<br />-Dobra, czekaj na mnie. - rzekł z westchnieniem młody podróżnik. - Pogalopowali przed siebie, tak szybko że za sobą pozostawili kłęby kurzu, które wzbijały się w powietrze i wirowały dopóki nie opadły.<br />-Teraz w lewo! - W prawo - wydawał komendy elf.<br />Jechali od świtu do zmierzchu, robiąc czasem krótkie piętnastominutowe przerwy, by konie odpoczęły.<br />Szybko nastała noc - postanowili przespać się kilka godzin, tylko po to, by nabrać sił potrzebnych do dalszej pogoni. I próby wyprzedzenia oddziału groźnych, zjednoczonych ras. Nawet nie zapalili ogniska, zjedli skromny, zimny posiłek.<br />Gdy już świtało ruszyli dalej. Tropy były coraz świeższe. Oznaczało to, że zbliżali się, jednak...<br />-Dajmy koniom wypocząć, bo niedługo padną z wycieńczenia. - Krzyczał młody He`zac, lecz umilkł pod spojrzeniem zdeterminowanych, zielonych oczu łowcy.<br />-Za godzinę- rzucił tamten i przyśpieszył. <br />Godzinę później zatrzymali się na wzniesieniu i postanowili odpocząć. Elf rozglądał się wokoło.<br />-HA! - Spójrz widzisz tamte poruszające się kropki? - wskazał rękom w stronę doliny.<br />-Taak - odpowiedział niepewnym głosem chłopak<br />-To właśnie ci, których gonimy, są nie dalej jak pięć kilometrów stąd, przy ich tempie dotrą do miasta w ciągu trzech-czterech dni. Tam za tą górą znajduje się nasz, oraz ich punkt docelowy -wskazał ręką - Ale teraz schyl się nie mogą nas zauważyć, ponieważ mogą zastawić na nas pułapki.<br />-Robi się coraz bardziej niebezpiecznie - mruknął do siebie przyjaciel i wrócił do swojego wierzchowca podając mu wody. - Ups - dodał po chwili. Zekan odwrócił się do niego marszcząc brwi, które ściągnęły się podejrzliwie nad zmęczonymi powiekami.<br />-Co się stało? - Zapytał<br />-Stan naszych zapasów jest niepokojący, zostało na jakieś dwa dni, przy oszczędnym gospodarowaniu.<br />-Achh tym się będziemy martwili za dwa dni - Próbował pocieszyć chłopca. <br />-Miło.<br />-Wiem, wiem, odpoczywamy już ze dwie godziny - dodał - za duża zwłoka, ruszamy, tylko że tym razem tędy. - Wskazał na usypaną żwirem ścieżkę prowadzącą w północno-wschodnim kierunku. - To jest właśnie ten skrót o którym ci wspominałem - uśmiechnął się. - Będziemy jechać gęsiego, bo jak widzisz... Jest tu dość mało miejsca. - To była prawda, z dwóch stron były wysokie na kilkanaście metrów, masywne, skalne ściany, przypominające mury obronne, być może sama natura chciała pokazać jakie posiada umiejętności w budownictwie. Kto wie.<br />Po południu dróżka zaczęła ostro skręcać w przeciwnym kierunku.<br />-Czy aby na pewno dobrze jedziemy?<br />-Taak jechałem juz tędy przed kilkoma laty tylko wtedy to ja byłem poszukiw... - zmieszał się - nie ważne<br />-Nie no, podróżujemy razem, musimy co nieco o sobie wiedzieć.<br />-Po co? - spytał chłodnym głosem elf.<br />-No... - pomyślał chłopak i zaatakował inaczej - nie ufasz mi?<br />-Tu nie chodzi o zaufanie, chociaż racja mógłbym mieć powody by ci nie ufać?<br />-Jakie? - spytał zdumiony He`zac.<br />-O nie o już twoja sprawa. - odwarknął lekko urażony Zekan.<br />-Oh, czyli ty mi nie ufasz, mimo to ja mam ufać tobie?<br />-Kto powiedział, że masz mi ufać? - rzekł poirytowany łucznik - Możesz zawrócić jeśli chcesz. - Uśmiechnął się drwiąco<br />-Co ? Chyba kpisz, wywiozłeś mnie gdzieś na pustkowie, gonimy jakieś potwory, które NIBY -podkreślił- mają zaatakować jakieś miasto, obiecałeś, że będziesz mnie pilnować!<br />-Hah, masz już szesnaście lat sam potrafisz o siebie zadbać.<br />-Taaak, lecz nie tu, nie bez jedzenia, picia i schronieniaaaa!! - wrzasnął chłopak!<br />-Ucisz się!<br />-Bo? AAAAAAAAAA AAAA JESTEM GŁOŚNO!!! AAA- Krzyczał He`zac<br />-Tego juz za wiele - Odpowiedział Zekan, zeskakując z konia, chwycił łuk, napiął cięciwę i wycelował w towarzysza.<br />-Eee co ty robisz? - Zapytał ze strachem w głosie młody. - Chyba nie masz zamiaru mnie ... Mnie zabić? - Ostatnie słowa ledwo przeszły mu przez gardło.<br />-Nie dajesz mi wyjścia.<br />-Niee ja nie chce umie... -Nie dokończył, ponieważ za sobą usłyszał donośny huk, który odbijał się echem od skalnych ścian. - Mówiłeś, że aż w takim stopniu nie znasz się na magii!<br />-Bo... to nie ja! W NOGI! TO LAWINA! Wywołałeś lawinę swoim krzykiem!. Uciekaj! Zaczęli uciekać. He`zac zeskoczył z wierzchowca, szukając schronienia. Zekan robił to samo. To była walka o przetrwanie, lawina zbliżała się w zastraszającym tempie. Wielkie, potężne głazy przy spadaniu, pociągały za sobą, wydawałoby się nie do ruszenia, inne skały oraz drzewa. W ich umysłach błądziła jedna zdesperowana myśl. Uciec, przetrwać, znaleźć schronienie. Zapomnieli całkowicie o kłótni. Chłopak cofnął się i zobaczył niewielką jaskinie w skale, był to jedyny ratunek. Wszystko działo się szybko, chociaż dla nich czas się zatrzymał. He`zac wbiegł do jamy, wtedy ujrzał przyjaciela, który zagubiony rozglądał się w około ze strachem w oczach. On już wiedział, że dla niego nie ma ratunku. <br />-TUTAJ! - Młody próbował przekrzyczeć nadciągającą nawałnicę. Niestety nie udało się. Pierwszy głaz z ogromną prędkością, zleciał i rozbił się o ścianę szczeliny w której podróżowali. Następny i następny. Chłopak zatkał uszy, wtem jeden z głazów spadł prosto na jednego z ich spłoszonych koni. Odcinając i rozgniatając mu głowę. Sam tułów padł bezwładnie na ziemię i został przygnieciony przez resztę kamieni. Odłamek skały spadł na wejście do jaskini uniemożliwiając wyjście. Zapadła ciemność...]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=4#p4</link>
<guid isPermaLink="false">4@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[-Teraz będziesz musiał się odzwyczaić od wygód, które miałeś w domu. A tak a propos, gdzie w tym mieście można kupić konie?<br />-Chodź, zaprowadzę cię. - odparł chłopak, po chwili byli na miejscu. - Jesteśmy.<br />-Dobra, więc ja teraz zakupie dla nas te konie, a ty masz tu jedną złotą monetę i kup jakiś prowiant, oraz wodę na kilka dni podróży, a następnie wróć tutaj. - He`rac wziął pieniądze i pobiegł w stronę centrum miasta.<br />Zekan zaś podszedł do stajni i już chciał wołać właściciela tego obiektu, gdy usłyszał rozmowę dwóch ludzi, będących w środku.<br />-Masz czas do jutra, jeśli nie dostaniemy tej forsy, nasz szef nie będzie zadowolony...- Był to gruby, pewny siebie, męski głos.<br />-Mówiłem wam, na razie nie mam tych pieniędzy... Proszę! Wróćcie za kilka dni, na pewno je zdobędę! - Osobie mówiącej wyraźnie brakowało tej pewności siebie.<br />-Jak już mówiłem, masz czas wyłącznie do jutra. Żegnaj.- drzwi się otworzyły i mężczyzna zobaczył elfa<br />-A ty co tu robisz?!<br />-Nic, ee chciałem tylko, kupić konie.<br />-Podsłuchiwałeś! Mów co słyszałeś, albo zaraz zginiesz - Ów osobnik średniej postury, wyciągnął zza pasa nóż.<br />-Nic nie słyszałem! - Zekan cofnął się o kilka kroków, sięgając po łuk, który miał na plecach. W tej właśnie chwili napastnik, zamachnął się sztyletem i przeciął nim lewe ramię elfa, z którego pociekła, szkarłatna krew. Łucznik, jako że był szybszy, odbiegł od napastnika, na odległość kilku metrów, szybkim ruchem wyjął strzałę z kołczanu, napiął cięciwę i wystrzelił. Trafił nożownika w szyję, oczy rozwarły mu się szeroko, chciał coś powiedzieć, lecz tylko poruszał ustami, nie wydając żadnego dźwięku. Wreszcie padł na twarz i znieruchomiał.<br />-Co, co ty... Coś ty zrobił?! - wykrzyknął blady jak ściana właściciel stajni. Podbiegł do sztywnego ciała, przyłożył palce do tętnicy szyjnej, badając puls. - On nie żyje! Wiesz, co teraz będzie ze mną?! Również zginę! Moja rodzina zginie, wszyscy...<br />-Proszę się uspokoić i tak nie krzyczeć! - warknął Zekan - Schowajmy go, później go pan pochowa, a teraz proszę mi powiedzieć, czemu macie zginąć. Może będę mógł coś na to poradzić.<br />-Ty mi nie pomożesz!- mężczyzna krzyczał coraz głośniej.<br />-Niech się pan uspokoi - rzekł elf<br />-LUDZIE! MORDERCA! - wrzeszczał, w oknach zaczęły pojawiać się zaciekawione twarze.<br />-Opanuj się człowieku! - mówił Zekan lecz nie było rady. Zaczęli schodzić się ludzie. Byli jeszcze daleko, wtedy łowca przygód postanowił to zakończyć. Podskoczył do zmarłego, chwycił nóż i wycelował w stronę gospodarza. Ten zamilkł.<br />-Teraz słuchaj, biorę konia, a ty mnie tu nie widziałeś, rozumiesz?<br />-T-t-tak...<br />-I jeśli ktoś pojedzie za mną w pogoń, również zginie, rozumiesz?!<br />-Tak.<br />-To teraz miłych snów - powiedział elf i z całej siły łokciem uderzył go w głowę. Ten padł omdlały na ziemię.<br />Zekan wbiegł szybko do stajni, rozwiązał pierwszego konia z brzegu, wskoczył na niego i pogalopował przed siebie roztrącając ludzi, którzy zdążyli już się zbiec. Po drodze zauważył He`raca, zwolnił, chwycił go za rękę i wciągnął na wierzchowca.<br />-Nie zadawaj teraz żadnych pytań, odpowiem, jak wyjedziemy z miasta! - powiedział z naciskiem elf.<br />Godzinę póżniej, byli juz kilka kilometrów za wioską, więc zatrzymali się na krótki postój.<br />-Czemu masz tylko jednego konia? Miałeś przecież kupić dwa...<br />-Wyniknęły pewne problemy...<br />-Jakie?<br />-Mniejsza z wyjaśnieniami...<br />-Jakie wyniknęły problemy?<br />-Oh! Musiałem uciszyć pewnego faceta.- odpowiedział obojętnie łucznik.<br />Rozdarł rękaw swojej koszuli i zawiązał ranę na ramieniu.<br />-A to co?<br />-Więc... Pewien facet groził drugiemu, później nakrył mnie, że słyszałem ich rozmowę, ja się wypierałem to mnie zaatakował, ja nie chcąc być dłużnym, postrzeliłem go... Świadek tego zdarzenia zaczął się wydzierać, nie chciał się uciszyć po dobroci to... dostał z łokcia w głowę i teraz tam leży nieprzytomny...<br />-Ale tamten, którego postrzeliłeś... mam nadzieje, że żyje?<br />-Eee raczej... nie...<br />-Niech to licho! Jeśli zabiłeś jednego z bandy &quot;Mocarnych&quot; to może być juz po nas. Oni nawiedzają wszystkich i każą płacić im haracze, jeśli ktoś nie ureguluje &quot;należności&quot;, ginie... Policja jest bez radna, bo żaden z zastraszonych nie chce składać zeznań... Musimy odjechać jak najdalej.<br />-Wiem, jeszcze pięć minut i jedziemy. Kupiłeś prowiant i wodę?<br />-Tak, mam tutaj - ściągnął z pleców worek i pokazał elfowi<br />-Dobrze... A co to? Przedtem tego nie miałeś - wskazał na miecz przypasaniu do boku He`raca<br />-Mam go odkąd wyszliśmy z mojego domu, dostałem od ojca. Mówił, że mi się na pewno przyda i wspominał coś o tym, że ten oręż jest magiczny...<br />-Pokaż mi to, zobaczę czy naprawdę ma w sobie jakąś moc. - Gdy dostał miecz, położył go na trawie, wyciągnął rękę i wypowiedział prastare słowa, Adewui ghar desto`rov mans tut! Broń zajaśniała żółtym światłem, po czym powróciła do swojego poprzedniego stanu.<br />-Dziwne... Rzadko się widzi taki rodzaj magii... Poznaję, że ten oręż został wykuty przez krasnoludów, a o dziwo Orki, a dokładniej ich magowie, dodali mu jakieś właściwości...<br />-Dobrze wiedzieć, ale teraz lepiej jakbyśmy juz ruszali.<br />-Aa tak, tak, jedziemy.<br />Wskoczyli na konia i pogalopowali przed siebie. Jechali przez pola i łąki, przed sobą widzieli góry Kardowskie, rosnące z każdym kilometrem. Monotonia jazdy sprawiła, że nie zauważyli, jak słońce chyli się już, ku zachodowi, a pokryte trawą rozłożyste tereny, na których gdzieniegdzie rosły pojedyńcze drzewa, tworzyły tajemniczy efekt prawdziwego, nieprzeniknionego mroku.<br />-Coś się szykuje...<br />-Co takiego?<br />-Nie wiem... -mówiąc to, na niebie, pojawił się drugi księżyc, księżyc przeszłości, obok niego lśnił juz na granatowym niebie, księżyc teraźniejszości, lecz ostatniego nie było widać - był w nowiu.<br />-Musimy rozbić obóz, pozbieraj chrustu, następnie rozpalę ognisko i coś zjemy. - mówiąc chwycił dwa leżące na ziemi kamienie i widząc, że He`zac stoi w miejscu, dodał - No dalej, idź, idź...<br />-Ale w okolicy nie ma prawie żadnych drzew...<br />-Wystarczy, że przyniesiesz choćby jedną gałąź, a będzie palić się przez całą noc<br />-Ale jak...? - zapytał niepewnie chłopak <br />-Nie pytaj - idź.<br />Kilka minut później, młody podróżnik wrócił, z jednym kawałkiem drewna - starczy? -<br />-Tak, daj mi ją. - Kiedy Zekan dostał gałąź, wypowiedział słowa &quot;Barn de`ra javu&quot;, a ta zapłonęła żywym ogniem.<br />-Nauczysz mnie tego?<br />-Czego? <br />-Magii... Chciałbym...<br />-Chciałbym, chciałbym - przedrzeźniał chłopaka - chcieć może każdy. Istnieją trzy pytania : masz dość sił, wystarczającą motywację oraz zadatki na bycie magiem?<br />-Chyba tak... Albo przynajmniej chciałbym...- odrzekł z irytacją He`zac<br />-Więc jutro to sprawdzimy, teraz nie mam dość sił, żeby pokazywać magiczne sztuczki... Sam nie umiem zbyt wiele, bo nie skończyłem szkoły...<br />-Ale... mógłbyś chociaż opowiedzieć mi o magii? Takie, nauki teoretyczne?<br />-Nie dziś - wyciągnął z torby prowiant i podzielił się nim ze swoim towarzyszem. - Jutro, a teraz jedz, byś miał dość sił... Ostrzegam cię, to trudne... bardzo trudne...<br />Nikt już nic nie mówił, jedli, wpatrując się w płonącą gałąź o czerwono-fioletowym zabarwieniu. W oddali słychać było wycie wilków.<br />Zaczęło się chmurzyć, blask księżyców przygasał, gdy obłoki przysłaniały go. W końcu całe niebo było zasnute chmurami.<br />-Będzie padać, nie ma się gdzie schronić, ogień zgaśnie... - zauważył chłopiec<br />-Przyzwyczaisz się z czasem - odparł elf z ironicznym uśmiechem - A ogień nie zgaśnie, bo jak już mówiłem jest magiczny, stworzyła go magia i tylko ona może go zgasić. No... nie tylko, na przykład jeśli jakiś czarownik stworzy jakąś rzecz, a potem zginie, to jego wytwór przepada razem z nim. Chociaż da się temu zapobiec, wystarczy by inny, równie potężny mag wymówił pewne słowa zaklęcia i czar tamtego staje się długowieczny. Trochę to poplątane, wiem - dodał widząc zmarszczone czoło towarzysza. - A teraz pora spać, idź pierwszy, ja stanę na warcie, za około trzy godziny obudzę cię i wtedy ty będziesz nas pilnować, jak coś będzie się działo zbudzisz mnie, rozumiesz?<br />-Tak<br /><br />***<br /><br />Tymczasem w oddalonym o jakieś trzydzieści kilometrów, Kanionie Śmierci, w jednoosobowej chacie, nie przeczuwając niczego, spokojnie spał sobie mężczyzna mający około trzydziestu lat, lecz mimo tego młodego wieku był juz siwy. Wszystko co miał, zdobył sam, nikt mu nie pomagał, własnoręcznie wybudował swój dom, zdobywał pożywienie, rąbał drzewo na opał. Jego życie to ciągła walka o przetrwanie. W okolicy jego miejsca zamieszkania nie było ani jednej, żywej duszy. Żył w kompletnym odizolowaniu od cywilizacji. Nie rozmawiał z nikim, wydawałoby się, że od wieków.<br />Jednak ta noc była inna od wszystkich. Miała odmienić jego dotychczasowe życie. Na niebie zajaśniał ostatni księżyc - księży teraźniejszości. Taki układ zawsze zwiastował niezadowolenie, a nawet złość bogów. Ostatnio na kontynencie Tirsha, taki znak pojawił się przed dwoma wiekami i to właśnie wtedy świat poczuł skutki swojej pychy oraz nie kończącej się ambicji, poprzez zesłanie przez bogów różnych chorób i plag, które zdziesiątkowały ludzkość.<br />Z nienacka zerwał się wiatr, który przerodził się w huragan. Chata, której konstrukcja posiadała dużo poważnych wad, już miała zostać wyrwana w powietrze, kiedy, nagle zrobiło się cicho. Wichura ustała. Lunął deszcz. Minutę później, temperatura spadła tak bardzo, że każdy oddech zamieniał się w parę. Chłop, który juz nie spał, podszedł do okna, zerkając przez nie. Wszystko wyglądało zwyczajnie. <br />Wtem zza skały wyłoniła się ciemna postać, wokół niej rozświetlała się biała poświata. Na sam jej widok robiło się zimno. Szybko szła w jego stronę... Szła, lecz nie poruszała nogami - szybowała w powietrzu. <br />Zbliżała się, była coraz bliżej... Już odległość między nimi wynosiła jakieś dwa metry, wysunęła w jego stronę rękę. Przezroczystą, zakrwawioną kościstą rękę... I wtedy... Znikła, rozpłynęła się, tak po prostu jakby jej tu nigdy nie było.<br />Mężczyzna pomyślał, że śni, lecz to nie był sen, to się działo na jawie. Odwrócił się, chcąc wrócić do swojego łóżka i znów spróbować zasnąć, wówczas zauważył twarz, jakiej jeszcze żaden śmiartelnik nie widział, białe oblicze o zapadniętych oczach, z których ziało nicością, cała pokryta była zmarszczkami, na czole brakowało kawałka skóry, przez co widać było mózg. Reszta ciała przyodziana była również w szarą, no... może kiedyś białą, poszarpaną i brudną szatę. Kiedy otworzyła usta, zamiast języka znajdowało się tam kilkanaście, tłustych, oślizłych robali. Kilka z nich zobaczwszy, że mają szansę ucieczki, wyskoczyło i spadło na podłogę.<br />Chłop stał jak zamurowany, nie mógł się ruszyć, nawet jeśli chciałby uciec, nie zdołałby. Wtenczas zjawa po prostu, ruszyła przed siebie i zanurzyła się w jego ciele. Ten wrzasnął, złapał się za głowę jakby z czymś walczył. Po chwili uspokoił się, jednak oparł się o ścianę i ciężko oddychał próbując złapać tchu. Mrugnął po raz ostatni swoimi oczyma i wtedy te zmieniły się w ślepia, jakie posiadała zjawa. Zaczął się śmiać. Śmiech ten słychać było w odległości kilkuset metrów, uśpione zwierzęta zbudziły się raptownie i uciekały przed siebie byleby nie słyszeć tego... śmiechu.]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=3#p3</link>
<guid isPermaLink="false">3@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[W tym samym czasie do gospody &quot;Szary kamień&quot; wszedł okryty kapturem mężczyzna z łukiem i kołczanem na plecach, był dość wysoki, stawiał szybkie i długie kroki. Poprosił gospodarza o stolik w najciemniejszym kącie sali oraz o coś do jedzenia. Po chwili właściciel przyniósł drewnianą tacę z kawałkiem mięsa, pół bochenka lekko czerstwego chleba oraz kielich wina winogronowego, a następnie wrócił do swoich zajęć. Gość zjadł wszystko, wyjął z kieszeni małą oprawioną w skórę książeczkę i rzucił na nią okiem ale zobaczywszy, że jeden z ludzi siedzących kilka stolików dalej dziwnie się mu przygląda, pośpiesznie schował ją do kieszeni.<br />Tamten wstał od stołu zostawiając kolegów i podszedł do postaci w kapturze.<br />-Witam, widzę, że jesteś tu nowy.<br />-Tak, tylko przejazdem, postanowiłem wypocząć i niedługo znów wyruszam w drogę.<br />-Hmm, a może by tak szanowny pan zechciał wypocząć u nas w domu? Moja rodzina i ja lubimy przyjmować gości, od razu się dowiemy co tam słychać w świecie.<br />-Możliwe, że skorzystam w pańskiej oferty. Nazywam się Zekan - tu wstał i podał rękę.<br />-Miło mi, ja nazywam się Arutarow, ale mówią na mnie Arut. To może od razu pójdziemy do mnie?<br />-Dobra. - ruszyli w stronę drzwi, lecz usłyszeli za sobą wołanie gospodarza.<br />-Hejże, a gdzie zapłata za żarcie?!<br />Zekan wyjął z sakiewki jedną srebrną monetę i rzucił oberżyście. - Powinno starczyć-<br />-Teraz lepiej - zachrypiał właściciel i ruszył w stronę stolika, gdzie jeszcze przed kilkoma chwilami siedział przybysz, by posprzątać.<br /><br />***<br /><br />Szli ciemną, brukowaną uliczką, odgłosy z karczmy juz dawno ucichły i teraz słychać było tylko czasami, odgłosy matek wołających swoje dzieci do domu, ponieważ zapadała noc, rozmowy chłopów, którzy wracali z roli i świerszczy muzykujących w trawach.<br />-Skąd pochodzisz?- spytał Arutarow - Wiesz, to twoja sprawa ale...-<br />-Z Dewish...<br />-Ale to jest... ze sto dwadzieścia kilometrów stąd!<br />-Tak, jestem poszukiwaczem przygód, teraz kieruje się na północ, do Ansyru, słyszałem pogłoski, że w okolicach tego miasta są ruiny jakiejś starej budowli, a w niej skarb nieumarłych rycerzy, którzy go strzegą, przynajmniej tak głoszą plotki... Jeden kupiec z mojego miasta zaoferował za jakąkolwiek rzecz z tego skarbu znaczną sumę pieniędzy, więc postanowiłem się tam wybrać i spróbować go odnaleźć.<br />-Odważny jesteś, że mówisz mi takie rzeczy, chociaż mnie nie znasz.<br />-Znam ludzi i umiem rozróżniać dobrych od złych i moim zdaniem nie masz złych zamiarów...- tutaj Zekan lekko się uśmiechnął, jednak Arut tego nie zauważył.<br />-Taaak, wiesz ja kiedyś byłem rycerzem, także dużo podróżowałem, tylko, że z moim oddziałem... To były czasy... Walki, przygody... Jeszcze gdzieś mam moją zbroję i miecz. Pokażę ci go, jak dojdziemy do mojego domu. Juz niedaleko. Oo za tym zakrętem, w tej uliczce. To tutaj. - Wskazał ręką na mały domek będący w średnim stanie, pokryty dachówkami, które jak się wydawało mogą w każdej chwili spaść, w domu paliły się już świece. - Chyba moja żona podaje kolację. Zechcesz zaczekać, ja tylko powiadomię ją, że dziś mamy gościa i potrzebne będzie jedno nakrycie więcej.-<br />Po chwili były rycerz wrócił i zaprosił Zekana do domu.<br />Przybysz, gdy wszedł do środka, ujrzał jak bardzo się mylił w stosunku do tego domu, mimo, iż z zewnątrz wyglądał on nieciekawie, w środku było bardzo przytulnie i miło. Ściany były drewniane, nasmarowane jakimś specyfikiem, który dodawał im blasku, w kącie stał stolik, a na nim wazon z kwiatami, dalej znajdowała się rzeźbiona szafa, na której spoczywały księgi i różne papiery. W przedsionku wisiało kilka portretów.<br />-Jak się domyślam, są to twoi przodkowie?<br />Arutarow przytaknął i ruszyli w głąb korytarza. Wtedy poszukiwacz przygód poczuł zapach, pieczonych ziemniaków. Wkraczając do jadalni przywitał się z żoną gospodarza i usiadł na krześle. Po chwili usłyszał hałas i do pomieszczenia wbiegło dwoje dzieci, w wieku około pięciu lat. Za nimi wkroczył juz starszy chłopak mający około szesnaście wiosen.<br />-Oto moja rodzina- rzekł -Moja żona Azuna, najstarszy syn He`rac, młodszy syn Wantu i moja córka Marana. A to jest pan Zekan, pochodzi z Dewish, zajmuje się poszukiwaniem przygód - Gdy skończył to zdanie, Zekan zauważył błysk w oku najstarszego syna, ale nic nie powiedział, tylko skinął głową, a następnie dodał : -Jestem elfim łucznikiem.<br />-O, tego mi nie mówiłeś, jesteś elfem? Nie poznałem, bo odkąd cię zobaczyłem, byłeś cały czas w kapturze. Rzadko w tych stronach widzi się kogoś z twojej rasy.<br />-Nie mówiłem ci, że jestem elfem, bo nie pytałeś - odpowiedział z lekką ironią Zekan, po czym ściągnął kaptur, odsłaniając szpiczaste uszy oraz delikatne rysy twarzy, jakie charakteryzują elfów.<br />-No dobrze, siadajcie do stołu, zaraz podam kolację.- powiedziała pani domu, przerywając ich rozmowę.<br />-Nie, nie trzeba, ja już jadłem w gospodzie.- Odparł na to Zekan<br />-A tam w gospodzie, nie ma jak kolacja w rodzinnym gronie!<br /><br />***<br /><br />Po kolacji Arut zaprowadził elfa do jego pokoju, życzył mu dobrej nocy i udał się do siebie.<br />Zekan rozglądnął się po pokoju. Była to mała izba z oknem na ulicę, w której mieściło się jednoosobowe łóżko, szafka, na której stała zapalona świeca, po lewej stronie stało biurko, na którym leżały różne akcesoria, na podłodze rozłożony był dywan, zaś w kącie kryła się misa z czystą wodą. Przez pewien czas łowca przygód przyglądał się temu wszystkiemu, po czym rzucił się na łóżko i zasnął.<br />W środku nocy coś go obudziło, jakiś szelest.<br />-Co? Kto tu jest?- pytał i rozglądał się wokoło, a jego ręka odruchowo powędrowała w stronę sztyletu, który był ukryty pod poduszką.<br />-Nie bój się, to tylko ja.- odpowiedział szeptem czyjś głos.<br />Jaki ja? Zekan miał zadać już to pytanie, lecz wtem z cienia wyłoniła się postać. Wtedy rozpoznał. Był to najstarszy syn Aruta.<br />-Co tu robisz?<br />-Przepraszam, że cię niepokoję o tak późnej porze... Lecz gdy usłyszałem, że jesteś poszukiwaczem przygód... Nie mogłem wytrzymać, juz dawno chciałem odejść z domu, szukać ciekawych przeżyć. Ale teraz nadarza się prawdziwa okazja... I właśnie chciałbym cię zapytać, czy : mógłbym wyruszyć z tobą w świat?<br />Zekan umilkł, po pierwsze nie sądził, że może mieć gościa tak późno, po drugie nie spodziewał się takiego pytania.<br />-Eee nie.. nie wiem... nie spodziewałem się... Wiesz, zawsze podróżowałem sam. A co na to twoi rodzice?<br />-O niczym nie wiedzą, ale proszę zgódź się!<br />-Musze to przemyśleć, a teraz idź do swojego pokoju, jutro dam ci odpowiedz, ale będzie to zależało również od zdania twoich rodziców.<br />-Domyśliłem się. Dobrze, jeszcze raz przepraszam, że cię niepokoiłem. Dobrej nocy.<br />I wyszedł, a elf juz rozbudzony, został sam na sam ze swymi myślami.<br /><br />***<br /><br />Od rana w domu było gwarno. Przybysz domyślił się, że najstarszy syn powiedział rodzicom o swoich zamiarach. Gdy zszedł do jadalni, od razu przywitał go Arut.<br />-Witam, jak się spało - spytał z udawanym spokojem<br />-Dobrze, dziękuje - odpowiadając spojrzał z ukosa na He`raca, ten tylko kiwnął głową. -Więc, juz wiecie o planach syna?-<br />-Tak... Nie spodziewaliśmy się tego, a ty skąd o tym wiesz?<br />-Aa pytał mnie wczoraj, ale powiedziałem, że to zależy od waszej decyzji...<br />-A co ty o tym sądzisz, Zekanie, miałeś dać mi dziś odpowiedź. - Stwierdził He`rac.<br />-Moim zdaniem - Zaczął elf - Mógłbyś ze mną podróżować. Towarzystwo zawsze może się przydać, tylko jeślibyśmy wyruszyli, musiałbyś się mnie słuchać i nie wpadać za często w jakieś tarapaty...Dokończył poważnie łowca przygód.<br />-Ojcze, pozwól mi iść w świat... Wrócę, jeśli tylko nadarzy się taka okazja. Sam mi opowiadałeś, że juz w wieku piętnastu lat wyruszyłeś na poszukiwanie przygód, a dwa lata później zaciągnąłeś się do wojska. Będę wam wysyłać listy...<br />-Co o tym sądzisz, Azuno?<br />-Pozwólmy mu... Chyba czas, by chłopak się usamodzielnił.<br />-Dobrze, możesz iść... Lecz teraz chodź ze mną do mego pokoju.- Mówiąc to Arut wyszedł z jadalni, a w ślad za nim poszedł jego syn, wzruszając ramionami, gdy napotkał na sobie wzrok Zekana.<br />Gospodyni podeszła do szafki z różnymi garnkami i wyjęła z jednego skurzaną sakiewkę.<br />-Trzymaj, to przyda wam się w podróży. - mówiąc to wręczyła ją elfowi.<br />-Ale ja... Ja nie mogę tego przyjąć. Poza tym mam trochę pieniędzy.<br />-To jest na utrzymanie naszego syna i za pobieranie nauk od ciebie<br />Zekan podziękował, skłonił się na znak pożegnania i wyszedł przed budynek. Po kilkunastu minutach w progu zjawił się He`rac ze swoją rodziną, która to, żegnała go czule.<br />-Szczęśliwej podróży! I pilnuj go! - krzyczeli za nimi, gdy ruszyli juz w drogę.<br />-Dzięki za wszystko i obiecuje, że go przypilnuję!]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
<item>
<title>Fiolka Mistrza - Prolog</title>
<link>http://www.fiolkamistrza.pun.pl/viewtopic.php?pid=2#p2</link>
<guid isPermaLink="false">2@http://www.fiolkamistrza.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Potężny mag imieniem Arkanos, chcąc pokonać śmierć postanowił stworzyć &quot;Miksturę wiecznego życia&quot;, bo tylko wtedy udałoby mu się zrealizować swój cel - zawładnięcie światem. Jednak do sporządzenia tego magicznego napoju potrzebował części swojej duszy, lecz nikomu jeszcze nie udało się rozdzielić takowej na dwie części.<br />Bogowie wiedząc, że kiedyś ktoś będzie próbować dokonać tak strasznego czynu, postanowili nadawać niepowtarzalne imię każdej ze zsyłanych na ziemię dusz, w celu nie dopuszczenia do rozłączenia jej (na świecie nie mogły istnieć dwie dusze o takich samych imionach).<br />Nie mniej jednak do pewnego czasu...<br />Arkanos szantażował jednego z bogów, tym że, jeśli ten nie wyda mu imienia jego własnej duszy, będzie zabijać co miesiąc jednego z jego kapłanów, a ich moce staną się jego mocami. W końcu stanie się na tyle silny, by rzucić wyzwanie bogom i ich pokonać. Korron (tak nazywał się prześladowany bóg), wiedząc, że nie może pokonać maga, uległ mu.<br />Czarnoksiężnik mając to, czego pragnął, wrócił do swojej komnaty i zaczął proces rozdzielania duszy.<br />Trwało to dość długo, lecz Arkanos stracił zupełnie poczucie czasu, stawał się coraz bardziej podekscytowany.<br />Myślał Uda mi się, po tylu latach, w końcu tego dokonam! Był coraz bardziej pewny swego triumfu.<br />Jednakże w końcowej fazie przebiegu tego procesu coś się stało... Coś czego mag się nie spodziewał... Przestał panować nad swoimi mocami.<br />Czuł jak od środka jego dusza rozrywa się, nachodziły go na zmianę fale gorąca i zimna, nie mogąc znieść bólu osunął się na kolana,<br />złapał się za głowę i krzyczał.<br />Mdlał, lecz całkowicie nie mógł stracić przytomności, ponieważ jego magia podtrzymywała go przy świadomości...<br />Po pewnym czasie ból zaczął ustępować, jego czarnoksięskie moce rozpływały się. Czuł ulgę, ale nie miał sił... Sennym wzrokiem zobaczył jak z jego ciała wylatują trzy Zjawy : Czerwona, Biała, oraz Czarna.<br />Ostatkiem sił wyjął z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza, małą stalową fiolkę, otworzył ją i skierował w stronę Czarnej Zjawy, ta wrzasnęła (a był to przerażający wrzask który przenikał do szpiku kości) ujrzawszy, że jakaś siła wciąga ją w głąb flakoniku, chciała uciec, jednak nie mogła oprzeć się tej mocy i została wciągnięta do środka.<br />Pozostałe zjawy zobaczywszy to szybko poszybowały w różnych kierunkach, przeniknęły przez ściany i zniknęły...<br />Arkanos zamknął fiolkę, padł na kolana, a następnie na twarz, ogarnęła go ciemność... Usnął...]]></description>
<pubDate>Sobota 26 StyczeĹ</pubDate>
<comments>Sobota 26 StyczeĹ</comments>
</item>
</channel>
</rss>
